Dreptak wpadł do mieszkania wcześniej o kilka godzin czym żonie swojej Eugenii napędził niezłego stracha (bo wcześniej zawsze o czasie Dreptak z roboty przychodził) i z sypialnianej szafy wyciągnął na światło dnia gacha.
Gach wygląd miał dość mizerny a owłosienie rzadkie, zaś co do erudycji to mruknął tylko: "Joł!" więc Dreptak za włosy zaciągnął małżonkę swą na kanapkę gdzie srogo zażądał wyjaśnień skąd się ten facet tam wziął.
"Oj Kaźmierz" - jęknęła za włosy ciągnięta małżonka Eugenia - "Sam widzisz że ten tu Waldemar nie byczek jest, tudzież nie tur i stokroć bym w szafie wolała mieć tego z parteru Henia ale co zrobić Kaźmierz, jak ten tu jest z parytetu..."
"Bo nie dalej jak wczoraj był u nas taki komitet do spraw wyrównywania nierówności w powodzeniu u pań i do szafy dostałam taki właśnie przydziałowy parytet - w łóżku jest beznadziejny a w dodatku to niechluj i cham..."
Tu Dreptak zbladł, poczerwieniał, przez chwilę łapał powietrze po czym z zawałem serca osunął się na parkiet a w uszach dudniły mu słowa: "Dreptak! Wreszcie znaleźliśmy dla was nową sekretarkę..."
Noc ciemna. Za oknem mieszkania słychać wołanie puszczyka, gwiżdże przez sen sąsiad Zenon co był zawiadowcą na stacji a Dreptak robi swoje i klapy nie zamyka a potem wymyka się cicho przez wąskie drzwi ubikacji.
I czuje się jak partyzant. Ba! Czuje się jak powstaniec (chociaż ucieka przed wrogiem bynajmniej nie kanałami) gdy czołga się przez przedpokój i myśli: "A może nie wstanie, może mnie dzisiaj nie sprawdzi ta moja żonka-dynamit..."
Już tylko pokonać ten dywan, przeskoczyć parkiet co skrzypi i widać w oddali, w półmroku gościnne brzegi kanapy. Udało się! Dreptak pod kołdrą z uśmiechem na ustach zasypia dumny, że tak bohatersko, z fantazją nie spuścił klapy.
Rano uniknął śmierci (w porę zasłonił się wnuczkiem) i prawie jak Cichociemny znów spadł na cztery łapy, no może na trzy łapy bo w jedną dostał tłuczkiem - zwyczajny dzień w Ruchu Oporu Przed Zamykaniem Klapy.
Na skutek otrzymanego wałkiem w tył głowy ciosu Dreptak nawiązał kontakt z cywilizacją z kosmosu od której nie dalej jak wczoraj, dostał tajnego grypsa że w dwa tysiące dwunastym ma być apokalipsa. Z początku nie przejął się wcale bo z racji szwagierki Edyty z klipsami i ondulacją był, jak to mówią - obyty lecz wreszcie w encyklopedii, na poprawinach u brata przeczytał że ta elipsa to ponoć koniec świata.
Więc jako człowiek zaradny zaciągnął był liczne kredyty na lat 40 i więcej, zakręcił się koło Edyty, dał w mordę szefowi-szui, spotwarzył publicznie teścia po czym wymówił posadę i wybył na działkę do Brześcia.
Tam żył jak pączek w maśle, pił piwo, chodził na ryby czekając na przylot z kosmosu ogromnej planety Nibir co miała (wedle kosmity, a mówił że nie żartuje) zmieść wszystkie większe miasta, teścia i szefa-szuję.
A w gwiazdozbiorze Oriona była w remizie zabawa i wszyscy śmiali się setnie, że tak im się udał kawał. Więc znowu chwycili komórkę i pod losowe numery dzwonili do Liry, na Marsa, układu siedem-sześć-cztery, zamówić pizzę z Plutona lub frytki z Dużego Ptaka pękając do rana ze śmiechu na myśl o kredytach Dreptaka...
Spazmuje mama od rana, ojcu się robią wrzody - Odarpi syn Dreptaka wyszedł dziś rano na lody. Zabrał szpikulec do lodu, chwycił wiaderko do mleka poszedł na skraj lądolodu i dalejże lód ten siekać.
Ale że nie był bystrzak i miał tendencje do blondu to siekał tak nieszczęśliwie, że się odsiekał od lądu. Oj kiepskie wieści psy husky przyniosą ojcu i matce: Odarpi na krze odpływa: smutny i w czapce-uszatce.
Patrzy i tęsknić zaczyna stojąc do lądu przodem za pagórkami śnieżnymi i za łąkami pod lodem kędy przy piciu się rusza grdyka jak śnieg śnieżnobiała i gdzie panieńskim rumieńcem Kocoń Eulalia pała.
I wnętrze smutnego junaka, w odzieży, w futrze, w bieliźnie nagle rozpala się żarem w polarnym patriotyzmie, że aż zakrzyknął "niech żyje!" i dodał "hej! na bagnety!" niebaczny, że tracić zaczyna grunt pod nogami niestety
bo lód poruszony hasłami, za tym czy tamtym przewodem łączyć się zaczął z macierzą (czyli zamieniać się w wodę). Lecz syn Dreptaka nie uległ. Targany dziką nostalgią śpiewał "Grenlandia Rules" i "odbijemy szablą!"
W końcu nasz młody bohater dumnie swe mięśnie napiął i zniknął w wody głębinie niczym Leonard di Caprio. Niechaj powiastki tej puenta zabrzmi gdzie piasek i puszcza, że kiedy lód się zagrzewa, lód się zazwyczaj rozpuszcza.
Ponieważ temat emerytalnych pożegnań, jak wynika ze statystyk, cieszy się dużą popularnością a rzut oka na naścienny kalendarz uzmysłowił mi że i do mojej emeryturki coraz to bliżej, pomyślałem, że wypadałoby uwspółcześnić nieco wiersz mistrza Waligórskiego o odchodzącym na rentę Dreptaku i spróbować wyobrazić sobie jak takie odejście mogłoby wyglądać dzisiaj...
Kaźmierz Dreptak, jak kapitan łodzi która wraca z mórz po długim rejsie patrzy w okno. Dzisiaj trzeba zwolnić wysiedziane miejsce w openspejsie.
Dzisiaj trzeba spakować kubek z ciut wyblakłą od starości wiewiórką podliczając w myślach ile razy z niego kawę się wylało na biurko.
Admin, łezkę ocierając ukradkiem, unieważnia Dreptakowi login po czym nos wyciera w rękaw w kratkę niby spinacz to podnosząc z podłogi.
Pani Jadzia (lat czterdzieści i cztery) w rozpacz wpada i obgryza palce - któż jej teraz będzie prawił dusery w pokoiku przy kserokopiarce?
Szef wkurzony niczym jasna cholera i od rana nie powiedział słowa. Ech! Kto z młodych będzie umiał mu teraz tak jak Dreptak przywazelinować?
A co Dreptak? Zjadł ostatnią brzoskwinię i w milczeniu przygląda się pestce. Piszą w prasie, że istnieje życie gdzieś na rynku pracy, po czterdziestce...
Plotka zatrzęsła osiedlem z siłą jasnego gromu: Dreptak ze szwagrem w piwnicy budują zderzacz hadronów! Ponoć dozorca ich widział, wracając wieczorem od córki jak potajemnie znosili rury, przewody i rurki, baniaki jakieś, druty, moc papierowych toreb, termos, kanapki z serem oraz kuchenny taboret. (taboret, jak potem w śledztwie zeznała Dreptak Eugenia miał służyć by w razie odkrycia móc przysiąść ze zdumienia). Przez tydzień z ciemnych piwnic słychać było stukanie, potem przez tydzień skrzypienie, przez tydzień bulgotanie, aż wreszcie huknęło zdrowo, a cieć Papućko Jerzy orzekł że pewnie Dreptak z sukcesem wreszcie coś zderzył, że on to zna się na tym (bo wszak jest starą kadrą), i że na słuch to niechybnie musiał być spory hadron. Na dalszy ciąg tej historii nie trzeba było czekać: Dreptak wyleciał z piwnicy śpiewając na glos "eeureeeka" (z melodią trudno uchwytną, gdy przez osiedle bieżał - - muzycznie coś między "sokoły", "sto lat" i "czy ci nie żal"). A nazajutrz ludność miejscowa jednogłośnie rzekła, że z powodu tego zderzacza Dreptak ich w rozwoju posunął do przodu i że skoro, jak sie mówi, hadron nie rozsadza nazajutrz czaszki będą teraz kupować u Dreptaka jego słynną hadronówke na flaszki. A o skutki okolicznych zderzeń niech sie martwi PZU i władza bowiem wolność badań naukowych na tym właśnie się w skrócie zasadza.
Motto: "Sprawdź najnowsze e-wydanie Pulsu Biznesu!" - spam z gazeta.pl
Eugenia Dreptak, gdy stary omijał małżeński tapczan (już trzecią czy czwartą noc z rzędu) zakradła się cicho w kapciach myśląc że znów małolaty podrywa na naszej-klasie. Lecz cóż to? Dreptak przy biurku, z nosem utkwionym w atlasie tuż obok encyklopedia (tom od "latarka" do "mocznik"), słownik wyrazów obcych i statystyczny rocznik. "Cóżeś ty stary!? Zgłupiał?" - jęknęła drapiąc się w głowę - "Czyś ty się znowu zapisał na studia wieczorowe? A dreptak z nonszalancją kartkę odłożył na stertę "Zostałem droga Eugenio, ważnym, społecznym ekspertem. Koniec z chipsami i piwem! Koniec z padaniem na sofę! Będę się teraz zajmował sprawdzaniem gazet i ofert! Wszyscy mnie o to proszą: producent dżemu i dessous, BMW, hipermarket, a nawet 'Puls Biznesu'! Właśnie go teraz sprawdzam i mam uwagi liczne: trzy błędy interpunkcyjne i dwa ortograficzne. A teraz idąc do łóżka przynieś mi kawy w dzbanku bo do poranka mam sprawdzić jeszcze ofertę banku."
Eugenia zaszokowana z pokoju wyszła tyłem. "Dobrze przynajmniej " - rzekł Dreptak - "że ją już dawno sprawdziłem.."
Wokół las. Świt. Jakieś zielsko zarasta resztki ruin po ośrodku eFWuPe. Kaźmierz Dreptak już przyjechał z miasta z żoną grzybków ponazbierać na zupę.
Niby trochę przy zbieraniu stęka bo go w kościach od wilgoci łupie ale ciotka przyjechała z Pasłęka więc posiedzą sobie dzisiaj przy zupie.
Tu prawdziwek, tam znowu borowik jakaś kurka albo inna gąska. To już ósmy lub dziewiąty słoik ależ będzie wyżerka niewąska!
Nagle żona krzyknęła spłoszona: Kaźmierz, patrzaj! Tu w trawie ktoś leży! Dziwny taki. Morda jakaś zielona i w dodatku w ochronnej odzieży!
Dreptak podszedł, poprawił apaszki po czym zewłok zlustrował przez monokl. Patrzaj - mówi - ma w chlebaku czaszki. Ani chybi jakiś archeolog.
Nagle krzyknął Dreptak! Wściekłe oczy krwią mu zaszły (choć zwykle był stoik) bowiem spostrzegł koło głowy swołoczy swój otwarty grzybowy słoik.
Pewnie nażarł się tych Twoich maślaków - rzekła żona - To się trzeci raz zdarza. Chyba jednak musisz nosić w plecaku ten przyciężki "Przewodnik grzybiarza"...
Dreptak milczał kiedy truchło poczwary gałęziami przykrywali w rowie. No już dobrze. No już nie bocz się stary. Posiedzimy przy pomidorowej...
W końcu znudziła mu się "Kawa czy herbata" a pies dostał odcisków od chodzenia na spacer więc Dreptak zupełnie nie pomny na swoje dojrzałe lata trzydziestego pierwszego podpisał umowę o pracę.
Atoli już pierwszego coś w sercu zaczęło mu pikać i jakieś niedobre przeczucie bodło go w miejsca czułe więc zaraz drugiego z rana, poszedł do kierownika i do tej swojej umowy dopisał preambułę.
Ale że w nocy miał koszmar, że mu kierownik coś zabrał a majster poganiał w kółko ogromnym puginałem - nazajutrz, zaraz po gwizdku, zjawił się Dreptak w kadrach i do tej swojej umowy dołączył jeszcze uchwałę.
Na skutek całej serii niepokojących przeczuć i najprzeróżniejszych podejrzeń co mu wpadały do głowy w ciągu miesiąca trzy szafy wstawiono na zapleczu by zmieścić umowę Dreptaka (większą niż kodeks handlowy).
Wreszcie po trzech miesiącach Dreptak poczuł się pewnie wziął kredyt, z lombardu wykupił szafę po babci (gdańską) i już się przymierzał przedpokój zrobić jak marzył - w drewnie kiedy wylali go nagle z roboty za pijaństwo.