piątek, 12 lutego 2010

   Mam słabość do musicali. A jeśli jeszcze chytry producent wyłoży na plakatach taką na przykład Nicole Kidman, wyciętą żywcem z "Moulin Rouge" i doklei do niej Penelopę Cruz-Cruise to już mnie ma. Tym razem nawet, aby podkreślić jak lubię musicale, nie skorzystałem z wypożyczalni Torrent tylko poszedłem do kina. Takiego wiecie - z popcornem i colą.

   Film miał być amerykański ale na pierwszy rzut oka wyglądał na włoski. To znaczy wszyscy bardzo się starali udawać Włochów: nosili czarne okulary, jeździli tylko śmiesznymi włoskimi samochodami (ewentualnie skuterami), palili papierosy bez ustanku i mieli fryzury typu mokra włoszka. I oczywiście mówili po angielsku z akcentem włoskim, co było równie śmieszne jak Brad Pitt mówiący w "Inglorious Basterds" - "Bondziorno" z akcentem amerykańskim (swoją drogą ciekawe jak przyjąłby się w polsce film o anglikach, mówiony po polsku z akcentem angielskim? ;)).

   Ponoć tytuł filmu był nawiązaniem do "Osiem i pół" Felliniego. Że niby dziewięć to więcej niż osiem i pół. Ale będąc amerykanami, twórcy filmu zrozumieli "więcej" po swojemu, jak to przy remake'ach - większy balecik, lepsze efekty specjalne, więcej obcych i potworów i dłuższe zęby u wampirów. Mamy zatem balecik. Dużo balecików. Wszystkie wykonywane przez zgrabne panie w strojach niedbałych. Gorseciarki w Los Angeles prawdopodobnie zarobiły fortunę przy produkcji tego obrazu, gdyż nawet Judi Dench, która jak wiadomo nie jest chucherko - zapakowana jest tu w jednej ze scen w coś w rodzaju gorsetu właśnie. Jeśli uznamy, że ten film ma budowę wielopłaszczyznową, to dominującą płaszczyzną jest właśnie ta bieliźniarsko-taneczna.

   Ale jak wiadomo z samych gaci i podwiązek filmu się nie zrobi (no dobrze, może zrobi ale pod warunkiem że ktoś te gacie zdejmie a podwiązki odepnie) więc konieczny był również jakiś pozagarderobiany scenariusz. I tutaj scenarzysta wykazał się makiawelicznym wręcz sprytem i przebiegłością: ponieważ nic mu nie przychodziło do głowy, napisał scenariusz o facecie, któremu nic (oprócz tego co wszystkim) nie przychodzi do głowy i który się męczy bo nie może napisać scenariusza. Takie chińskie pudełko, zwane u nas częściej "schematem ruskiej babuszki". Pomysł, jak widać, sprytny i żałowałem tylko, że główny bohater, alter ego scenarzysty, niejaki słynny rezyser Guido Contini (bo we włoszech podobno reżyserzy zajmują się pisaniem scenariuszy, taka specyfika i egzotyka wiecie) nie wpadł w filmie na pomysł zrobienia filmu o reżyserze, który nie ma pomysłu na film. Wtedy to już by była pełna rekurencja i można by owo dzieło opychać wydziałom informatyki na uniwersytetach w ramach pomocy naukowej.

Kobiety (żywe i martwe)

    Ale najwyraźniej wpadanie na jakiekolwiek pomysły nie mieściło się w charakterystyce postaci Guido Continiego, który to twórca przez ponad dwie godziny projekcji miota się po ekranie i nic nie może wymyślić poza tym, że chce wrócić do żony i w związku z tym sprowadza sobie do hotelu swoją zasłużoną i długoletnią kochankę (długoletniość niestety widać już deczko po Penelopie Cruz-Cruise), całuje się z (baczność!) Amerykańską Gwiazdą Filmową Nicole Kidman (spocznij!) i ogólnie klei się, z wzajemnością, do wszystkich przedstawicielek płci choćby trochę pięknej w zasięgu wzroku (ograniczonego oczywiście nieco przez czarne okulary, które jak wie każdy amerykanin - nosi się bezustannie będąc Włochem). Jedyną kobietą w filmie, do której bohater nie klei się seksualnie jest Sophia Loren, grająca jego zmarłą matkę. Swoją drogą musi to być przykre dla Sophii, że obecnie zatrudniają ją tylko w rolach osób umarłych. Ale z drugiej strony, daje jej to szansę zagrania jeszcze wielu ról w bezustannie powstających filmach o zombie (Zombieland 2?) a ukoronowaniem jej kariery może być nawet rola w którejś kolejnej ekranizacji Hamleta. Rola ducha ojca Hamleta to przecież łakomy kąsek dla każdego prawdziwego aktora dramatycznego.

   Bardzo ciekawie jest w filmie "Dziewięć" ukazana organizacja włoskiego przemysłu filmowego. Okazuje się bowiem, że we Włoszech, mimo braku jakiegokolwiek scenariusza a nawet pomysłu na scenariusz, spragniona pracy ekipa (a każdy kto kiedykolwiek współpracował z obywatelami Italii wie jakie to psy na robotę) zamiast, w ramach postojowego, leżeć sobie nad Tybrem albo na plaży w Ostii - pracuje że aż furczy. Scenografowie budują monumentalne dekoracje w kształcie ruin, specjalistka od kostiumów szyje na potęgę gorsety i pierzaste boa, na castingach zatrudniane są piękne kobiety, wszyscy biegają, dzwonią, ustalają, producent produkuje, murarz domy muruje etc. Oczywiście oglądając niektóre filmy włoskie, człowiek może odnieść wrażenie, że posiadają one scenariusz, który musiał spiąć to co ekipa naprodukowała losowo przed powstaniem scenopisu. Jak na przykład ten z Mastroiannim i wielką małpą. Tu jednak film w końcu nie powstaje, murarze burzą ten fragment Coloseum, który w międzyczasie postawili, aktorki lądują w nocnych klubach a tytuł filmu "Italia" wraca do bębna maszyny losującej i może zostanie wykorzystany przy okazji innego filmu bez scenariusza.

   No dobrze, dobrze powiecie. Ale u Felliniego też tak przecież było. Różnica jest taka, że to co u Felliniego, mimo chaosu, trzymało się kupy - tu się nie trzyma. Że to co u Felliniego było oniryczne - tu jest dysonansem. Zamiast magii mamy żonglerkę, zamiast artysty - manekin. W dodatku co chwilę akcja zostaje przerwana bo trzeba pokazać balecik i gorsety. Jednak włosi lepiej robią amerykańskie westerny niż amerykanie - włoskie filmy. Amen.