piątek, 31 lipca 2009

WPIS SPONSOROWANY
Sponsoruje go kapsel oraz literka P (jak "piętnaście piw")

  Jak podają sponsorowane media, w nocy z 16 na 17 czerwca ukradziono z Muzeum Tymbarku zabytkowy kapsel z 1936 roku. I na nic się zdały zabezpieczenia oraz nowoczesne systemy monitorujące zabytkowe kapsle - nieznani sprawcy weszli do muzeum po czym weszli w posiadanie cennego zabytku.

   Już po samym zdjęciu ukradzionego kapsla, które publikuje sponsorowana Interia, widać jak cenny i historyczny to przedmiot. Na pierwszy rzut oka da się poznać, że kapsel przeżył schyłkową sanację, wojnę światową i mroczne czasy komunizmu, że dzielił tułacze losy narodu polskiego, przechowywany najpierw z powodów sentymentalnych, potem jako talizman a wreszcie jako cenna narodowa pamiątka, która pod twardym butem radzieckiej okupacji przypominała o smaku soków niepodległości. A teraz ktoś go wykradł i pewnie będzie chciał owo dziedzictwo wyprzedać. Niewykluczone, że za bezcen.

   Na szczęście tam gdzie nie radzą sobie firmy ochroniarskie i policja, radę dają działy marketingu i internauci. Oto powołano (pod osłoną nocy, jak informuje Interia) specjalną ekipę poszukiwawczą oraz uruchomiono internetowe centrum poszukiwań. W jaki sposób znaleziono w internecie jakiekolwiek centrum - pozostaje tajemnicą słodką jak soki z Tymbarku. W każdym razie jeśli czujesz się internautą, czuj się również zaproszony do udziału w poszukiwaniach kapsla. Jeśli czujesz, że Twoje życie potrzebuje nowego otwarcia - poszukaj z Tymbarkiem cennego zamknięcia. Jeśli nie możesz znaleźć w tym wszystkim sensu - poszukaj kapsla. Zawsze to coś, zwłaszcza jeśli można przy okazji wygrać pamiątkowy samochód. Nieduży, ale zgrzewka soków z Tymbarku i otwieracz do kapsli - wejdzie.

   W każdym razie przebieg śledztwa można śledzić na owej, bezczelnie przyklejającej się do każdego słowa "kapsel" stronie internetowej. Zgodnie z duchem czasu, można je również obserwować na Blipie, Facebooku, Twitterze oraz YouTube. Podobno ekipa śledcza pracuje nad tym, żeby można było  zostać znajomym kapsla na Naszej Klasie. I żeby odpowiadał na maile.

   A póki co, poszukiwania trwają a cała firma Tymbark, ograbiona bestialsko ze swojego talizmanu, chodzi smutna i przygnębiona. Pozostaje zatem zaapelować do ludności o obywatelską postawę i włączenie się. Bo cóż może się stać jeśli smutek i przygnębienie przesączać się zaczną do produkowanych napojów? Czy chcemy aby uśmiech zniknął z twarzyczek naszych pociech po wypiciu Kubusia? Czy pragniemy, w upalne popołudnie, zafrasować się po wlaniu w siebie jabłkowego z miętą? Czy potrzebna nam dodatkowa melancholia w procesie łagodzenia kaca?

   Na te (i inne) pytania musimy odpowiedzieć sobie sami...

niedziela, 12 lipca 2009

.. jak śpiewać mógłby niedawno zmarły Król Popu gdyby dożył chwili gdy jego skronie okryłyby się srebrnym, moherowym włosem. Ale niestety - Król Popu nie doczekał a król Sacropopu z niewiadomych przyczyn stał się nagle dla opiewających go wcześniej mediów jakiś taki Paskudzki. Ale natura nie znosi pustki - oto leżę złożony przeziębieniem a za ścianą dobywa się katolicki głos w moim domu. Dobywa się głośno, bo elektorat docelowy nie słyszy już tak dobrze jak wtedy kiedy był w AK i potrafił po samym stukaniu kół rozpoznać niemiecki pociąg z amunicją.

   A dzisiaj właśnie Rodzina Radia Maryja ma swoje doroczne walne zgromadzenie akcjonariuszy na Jasnej Górze więc radio gra jeszcze głośniej i treści są z chwili na chwilę ciekawsze. Bo jak się okazało, w ramach new developments jest dzisiaj premiera sieci komórkowej o nazwie "W Rodzinie" i część programu (nomen omen) poświęcono promocji tego przedsięwzięcia. Promocja polega między innymi na grupowym odśpiewaniu piosenki patriotyczno religijnej p.t. "W rodzinie", nauczeniu się jej na pamięć a potem nuceniu jej na głos pod salonami Ery, Plusa i Orange.

Logo nowej telefonii zawiera wyraźne elementy satanistyczne co jest bardzo odważnym posunięciem marketingowym

   Osobiście uważam że jest to czyn nieuczciwej konkurencji. Aby zatem wyrównać rynkowe szanse pozostałej trójki konkurentów proponuję im napisanie swoich, skierowanych do tej grupy docelowej, piosenek, które mogłyby być bez obaw i ku radości księży Paulinów śpiewane w czasie przyszłorocznej Ogólnopolskiej Pielgrzymki Abonentów Plus GSM lub Klubu użytkowników kart pre-paid "Nie lękajcie się! Impulsów wystarczy!". W ramach próbki zamieszczam przykładowe refreny, starające się dopasować treścią i nastrojem do przeboju "W rodzinie":

Przykład 1

Ref:
To jest Era Maryyyyyji!
Płyynąąąc przez życiaaa zaaaamęęęęt
rozmawiajmy z nią dłuuugo!
Mamy wszak abonaaaament!

To jest Era Maryyyyji!
Do nieeej przyyyjdź jeeeśliś struty
ona zawsze dlaaa Cieeebie
ma darmowe minuuuty...

Przykład 2 (bardziej młodzieżowy)

Ref:
Złap Plusa
u Jezusa!
 Nazbieraj
Plus do Plusa!
Przygarnął już do siebie
Karola, Stasia, Basię!
On ma dla ciebie
najlepszy w Polsce zasięg!

Przykład 3

Ref:
Prawdziwy Polak, ma być wiarą silny!
Prawdziwy Polak Internet ma mobilny!
By kiedy wróg przyjdzie świtem pod drzwi
napotkał Polskie adresy IP!

Kiedy przybędzie, my całym narodem
w mig nasze siły połączymy młode
czy wroga Tora prowadzi czy Koran
modemem HSUPA firmy Orange! 

   ...no i można by tak długo. W każdym razie jest to w polskim marketingu nurt ledwie tylko zgłębiony blond stopą kompozytora Rubika i managera Rydzyka (zbieżność nazwisk przypadkowa). Ale jak widać - sprawa jest rozwojowa.

PS: Podobno w czasie uroczystości doszło do przykrego zajścia:  jakiś młody (przed trzydziestką) człowiek próbował poprzewracać stoliki z prepaidami, straszył hostessy i usiłował przegonić z terenu świątyni Violettę Villas. Na szczęście tym razem siłom porządkowym udało się pokrzyżować jego niecne plany.  

piątek, 03 lipca 2009

   Przeczytałem gdzieś, że "Anioły i Demony" są lepszym filmem niż "Kod Leonarda da Vinci". "Kodu.." nie widziałem, więc dzięki wypożyczalni filmów Torrent, zassałem sobie rzeczone "Anioły..." w celu spędzenia wieczoru przy filmie lepszym niż ten o da Vinci. I niestety - jak Albert Einstein dobrze wyszedł na relatywizmie tak ja - nader kiepsko.

   Einstein przyszedł mi na myśl nieprzypadkowo, bo film zaczyna się od zdemaskowania faktu, że Wielki Zderzacz Hadronów służy (w ramach lewizny)Watykanowi do tworzenia antymaterii. Nie bardzo wiemy po co, więc możemy się tylko domyślać, że jest to wyraz antymaterialistycznych tendencji kościelnych hierarchów. W tym kontekście naprodukowanie antymaterii zrównoważyłoby nadmiar zgromadzonej przez kościół materii i rachunek na Sądzie Ostatecznym wyszedłby na zero. Sprytne.

   Ale póki co, technologia jeszcze raczkuje i wyprodukowano jedynie ze trzy puszki tej antymaterii. W dodatku jedną ktoś ukradł, jak to na budowie. Ktoś niewątpliwie obeznany ze Starym Testamentem bo zgodnie z maksymą "oko za oko..." wyłupił rzeczone oko księdzu profesorowi, żeby otworzyć taki zamek co się otwierał na wzór siatkówki. W dodatku niewątpliwie w trakcie szamotaniny poszedł jakiś ząb. Tak zazębia się akcja filmu.

   A tu jeszcze na dokładkę umarł aktualny papież. Filmowa wersja kardynała Dziwisza (w której to roli przystojny jak zwykle Ewan McGregor) popłakuje nad trumną, lud na placu św. Piotra płacze i pokrzykuje swoje "Santo Subito" a kardynałowie zadają sobie w duszy pytanie "Who's next?". Może tym razem murzyn? Albo chińczyk, żeby nie było że się jest pod wpływem Stanów Zjednoczonych?

   W tym samym czasie ciszę basenu Toma Hanksa (grającego tam profesora, choć wszyscy wiedzą, że jest Forrestem Gumpem) przerywa tajemniczy, ubrany w garnitur mężczyzna. Ponieważ udało mu się wejść na basen bez kąpielówek i czepka, widać od razu że to tajny agent. Jak się okazuje, jest to tajny agent watykańskiej policji, który w krótkich żołnierskich słowach namawia profesora do udania się z nim do Watykanu i rozwikłania Zagadki. Zagadka polega na tym, że tajemnicza organizacja Iluminatów oprócz puszki z antymaterią zwinęła również czterech najfajniejszych kardynałów i wystosowała faksem oraz przy pomocy materiału wideo, stosowne pogróżki.

    "Puszki - pogróżki, puszki - pogróżki..." - mruczy pod nosem profesor Hanks ale po chwili porzuca ów trop i koncentruje się na faktach. A właściwie na faksach. I zanim płozy helikoptera dotkną watykańskiego lotniska - Hanks wie już wszystko z racji swojej niebywałej erudycji i intuicji. Z rzeczonego lotniska odbiera go jeszcze wyższy rangą szef tajnej służby i prowadzi do siedziby innej służby - Gwardii Szwajcarskiej (to niebywałe jak na tak małym skrawku ziemi jak Watykan jest się w stanie zmieścić tyle tajnych służb. I jeszcze papież). A u szefa barwnie ubranych chłopaków z Gwardii Szwajcarskiej, Hanks poznaje urodziwą asystentkę księdza od antymaterii (skądinąd bujnie zaopatrzoną w materię tu i ówdzie).

   No i się okazuje, że Iluminaci nie dość że transmitują poprzez "bezprzewodową kamerę" wizerunek skradzionej puszki z antymaterią, w której nieubłaganie kończy się bateria (a jak się bateria skończy to będzie ogromne BUM zgodnie ze wzorem erównasięemcekwadrat) to jeszcze deklarują unicestwianie porwanych hierarchów w tempie 1 kardynała/godzinę.

   Ale cóż to dla Forresta. Nie dość, że zagina wszystkich obecnych z regulaminów obowiązujących w Watykanie, to jeszcze gdzie spojrzy albo co usłyszy to od razu wie co dalej robić. Zobaczy dajmy na to posąg anioła z wykałaczką i już wie, że ta wykałaczka wskazuje kierunek, w którym trzeba biec. A jak popatrzy na książkę to niechybnie wypatrzy niewidzialny znak na marginesie i już wie gdzie trzeba lecieć ratować kardynała.  W związku z tym dalsza część filmu przebiega pod hasłem "Run Forrest! Run!".

   Niestety mimo sprintu, kardynałowie padają jak muchy i dopiero czwartego udaje się jako tako uratować. Ale gdzie jest puszka z antymaterią? (której w międzyczasie zapaliło się światełko "Bettery low"). Być może zwykły człowiek poszedłby na łatwiznę i przy pomocy dwóch samochodów z radiopelengiem namierzył nadającą, bezprzewodową kamerę w pół godziny, ale to zrujnowałoby scenariusz i spowodowało nieuchronną półtoragodzinną dłużyznę. Więc szef gwardii (w międzyczasie podejrzany o sprzyjanie Iluminatom) wyłącza prąd całym dzielnicom, żeby sprawdzić kiedy zgaśnie lampka przy kamerze (skądinąd skoro zaciemnienie działa na glony w akwarium to czemu nie miałoby działać na Iluminatów) a Forrest biega i co dobiegnie to widzi nowe wskazówki.

"Przetnij czerwony"

   Zanim czas dobiegnie końca, dobiega zatem do puszki wraz z panią asystent i Iwanem-Dziwiszem McGregorem i tu lipa: okazuje się że za mało prądu w bateryjce zostało i nie da się jej wymienić jeśli nie jest się wyjątkowo odważnym i zdesperowanym saperem bez rodziny i z uporządkowanymi sprawami osobistymi. I tu Iwan dopuszcza się aktu bohaterstwa - bierze puszkę, wsiada do helikoptera i fruuuu wysoko wysoko. W dodatku wyskakuje w połowie lotu na spadochronie (który jak wiadomo każdy klecha ma pod sułtanną) i szczęśliwie (choć w stanie potłuczonym) ląduje. A na niebie odbywają się antymateryjne fajerwerki.

   Po czym następuje tzw. scenariuszowy twist - tak głupi, tak bezdennie głupi, że już lepiej by było gdyby Iwan po swoim bohaterskim skoku został tym papieżem. Ale nie zostaje i na domiar złego pali się ze wstydu a my pozostajemy z niedopitym piwem w ręku, ważąc w myślach czy opłaca się nam rzucić nim w nasz własny, w końcu, ekran.