poniedziałek, 30 lipca 2012

   Trochę mnie tu nie było jak widzę, patrząc na datę ostatniego wpisu. Poświęcałem się szeroko pojętemu pracoholizmowi, który na szczęście trochę odpuścił więc poszedłem do kina i to nie na jakieś odgrzewane kotlety jak zwykle tylko na film funkel nówka nieśmigany czyli "Prometeusza".

   Tu od razu ostrzeżenie - jeśli ktoś nie widział a chce zobaczyć to niech teraz przestanie czytać i doczyta potem bo zamierzam spoilerować na potęgę i powiedzieć kto zabił.

   "Prometeusz" to taki film, o którym jego reżyser mówi że to nie prequel "Obcego" i w zasadzie powinni na początku wyświetlić planszę, że podobieństwo wszystkich osób, miejsc, nazwisk  i potworów jest zupełnie przypadkowe i niezamierzone. Oczywiście i tak nikt by nie uwierzył, bo do "Obcego" odwołuje się tu wszystko począwszy od sposobu pojawienia się napisu tytułowego a skończywszy na tym, że i w tym przypadku, aktorka grająca główną rolę żeńską ma dziwne imię.

   Ale co najważniejsze - "Prometeusz", wbrew temu co piszą o nim krytycy jest w istocie filmem o problemach alkoholowych na przestrzeni wieków oraz na przestrzeni przestrzeni kosmicznej. A mit prometejski został tu przywołany tylko poprzez skojarzenie z wątrobą. 

 No to cyk No więc ciach, ciach, napisy, planeta, ładne widoczki nieskażonej ludzką działalnością natury, wodospadzik jakiś a nad wodospadem latający spodek sobie wisi jak gdyby nigdy nic. A któż to idzie sobie koło wodospadu? Na pierwszy rzut oka - Obi Wan Kenobi w kapturze. Ale zaraz zrzuca kaptur a potem (uwaga panie!) resztę przyodziewku i zostaje tylko w takim białym bandażu, na którym jak rozumiem zawisła kategoria R tego filmu. No i okazuje się, że to nie Obi Wan tylko taki przystojny, umięśniony, łysy facet o rysach wybitnie greckich po czym poznajemy, że to pewnie tytułowy Prometeusz. Prometeusz wyciąga kubek z plecaka, patrzy przez chwilę na jego wijącą się zawartość i widocznie stwierdziwszy, że soczek już stosownie sfermentował - wypija go jednym haustem odrzucając głowę w tył jak rasowy słowianin.

   Napój jednak okazał się zbyt mocny bo Prometeusza skręciło, przepaliło na wylot, zwaliło z nóg, w rezultacie czego spadł do wodospadu i rozpadł się na DNA. Pić to trzeba umieć jednak. W tym samym czasie latający spodek startuje i odlatuje w kosmos. Najwidoczniej na pokładzie również trwa alkoholowa impreza bo spodek odlatuje pionowo.

   Rozumiemy stąd (bośmy przecież inteligentni) że oto życie zostało zasiane na naszej planecie, w którym to wrażeniu utwierdzają nas obrazy dzielących się radośnie komórek i skręcających wesoło dezoksyrybonukleinowych helis.

   Po czym jest już rok pański 2089 i dwoje młodych, dobrze zapowiadających się archeologów o imionach Elisabeth oraz Charlie, którzy znajdują w jaskini malowidło sprzed 35 tysięcy lat bezpańskich. Na malowidle owym dostrzegają postać wskazującą gwiazdozbiór, który wcześniej widzieli już na innych, równie starych malowidłach. Z czego wysnuwają wniosek, że tam własnie, w tym gwiazdozbiorze, należy poszukiwać źródeł życia na Ziemi. Cudowny ów zbieg okoliczności niczym jest wobec innego cudu - ktoś daje im trylion dolarów na to, żeby sobie tam polecieli i sprawdzili.

   A ten ktoś to pan o nazwisku Weyland (zupełnie przypadkowo podobnym do nazwiska Weyland z "Obcego"), który daje im statek kosmiczny, załogę, pół królestwa w gotówce oraz obie ręce swojej córki w roli szefa wyprawy. Lecą tam ponad dwa lata, każdy w swojej własnej lodówce i po obudzeniu wszyscy mają kłopoty z żołądkiem z wyjątkiem owej córki, która zamiast wymiotować jak wszyscy - robi pompki w stroju złożonym, a jakże, z dwóch białych bandaży.

   Lądują na księżycu jednej z planet jednej z gwiazd namalowanych na ścianie jaskini (prawdopodobnie na skutek kaprysu, bo nie wiemy czemu akurat tam) i to lądują tak szczęśliwie, że od razu trafiają w samo sedno czyli w bezpośrednie sąsiedztwo obcych budowli, co jest wyjątkowym fuksiarstwem. No ale kapitan statku jest murzynem o imieniu Janek a wiemy, że jak jakiś Janek dajmy na to prowadzi czołg to nie takie cuda się potrafią dziać.

   Lądują i wszyscy hurrraaaa! - wskakują do łazików i dalejże penetrować znalezisko. Bez broni (a potem nawet bez kasków) łażą po zabudowaniach obcej cywilizacji, dotykają wszystkiego i naciskają wszystkie możliwe guziki jakie tylko znajdą ani przez chwilę nie zastanawiając się czy nie jest to detonator albo wezwanie straży pożarnej.

 Podświetlane kołnierzyki w skafandrach  A w naciskaniu prowadzi niejaki David, który jest robotem, z oszczędności (przy kręceniu filmu) nieodróżnialnym od człowieka. Ten co tylko zobaczy to naciska. I to naciska tak, że zawsze mu wszystko działa, odpalają się jakieś filmiki, na których widać kosmitów (w 3D), otwierają się drzwi, no wszystko gra śpiewa i buczy. Oglądają te filmiki i znajdują jeden, na którym kosmicie drzwi głowę przytrzasnęły, pewnie też po pijaku. Idą pod te drzwi, Dawid oczywiście je otwiera i oto tadaaam - znajdują salę a w sali ogromna rzeźba prawie ludzkiej głowy i masa słoików. No i ta odcięta kosmicia głowa też tam była. Zupełnie niezamierzenie przypominała zresztą głowę tego martwego kosmity z "Obcego" (tego z taką jakby trąbką i rozwaloną klatką piersiową). A tu przez radio zapowiedzieli burzę, więc każdy łap co było pod ręką - pani naukowiec Elisabeth łapnęła głowę, Dawid zakosił jeden słoik i w nogi.

   Z przygodami dojechali do statku i każdy się zaszył w kąciku i dalejże badać znaleziska. Głowa okazała się być w kasku więc Elisabeth ją wyłuskała i okazało się, że w kasku był taki wypisz wymaluj Prometeusz jak ten pijany z samego początku. Ela zaczęła coś przy nim grzebać, włożyła mu do ucha termometr i wtedy głowa zaczęła puchnąć a potem pękła z hukiem. Co potwierdza przypuszczenie, że właściciel głowy zginął pod wpływem solidnej dawki alkoholu i to alkoholu kiepskiego bo tylko po takim głowa może pękać aż tak spektakularnie. Tknięta podejrzeniem, że owa skłonność do pijatyki może wskazywac na wspólne pochodzenie, Elisabeth bada DNA tego co zostało z łba i wychodzi jej, że DNA jest identyczne z naturalnym czyli z naszym. Z czego się bardzo cieszy, bo to znaczy że ten tryliard dolców jednak nie poszedł w błoto.

   A tymczasem Dawid dobrał się do słoika jak do konfitur. W słoiku była taka czarna maź (pewnie z jagód) i android, realizując jakiś najwyraźniej diaboliczny plan wlał naukowcowi Charliemu kropelkę tego jagodowego soku do szampana, którym ów świętował odkrycie (nie sposób tu nie wspomnieć, że Dawid był jedynym niepijącym na pokładzie co czyniło go podejrzanym od samego początku). A Charlie w ramach świętowania popił i poszedł odwiedzić Elę. Przyniósł kwiatka no i w rezultacie skończyli w łóżku. Rano Charlie wstaje, zmachany, idzie do lustra i patrzy że oczy ma całe przekrwione. No daliśmy czadu - myśli sobie i patrzy bliżej a tu nagle coś mu ze źrenicy tak wylazło, rozejrzało się i schowało. Nic to - pomyślał - pewnie kurwiki - i poszedł szukać czegoś na kaca.

   A Elisabeth była katoliczką i nosiła na szyi krzyżyk, który co i raz ktoś jej chciał zdjąć. A to że go kłuje albo że może być zakażony albo inne takie. Elisabeth co prawda nie była w kościele od ponad dwóch lat ale krzyżyka sobie pilnowała. Potrafiła na obcej planecie latać bez kasku ale z krzyżykiem. A jak się raz obudziła to zakrzyknęła: "Gdzie jest krzyżyk!" - i od razu zrobiło się swojsko.

   Rano wszyscy znowu pojechali do wykopalisk no i zaczęło się. Dwóch kolesi co tam zostało na noc, bo nie zdążyli przed burzą, znaleźli w stanie nie nadającym się do pochówku a Charlie doszedł do wniosku, że to chyba jednak nie kurwiki, pozieleniał na twarzy i ewidentnie przechodził proces zzombienia. Skończyło się to akcją ratunkową, dość nieudaną bo córka Weylanda nie wpuściła zombie na pokład ale w ramach czystości gatunkowej potraktowała go miotaczem ognia. Taka nowoczesna wersja "Dziewczynki z zapałkami".

   No i jak to w piosence - Oooo! Ela! Straciłaś przyjaciela! - a w dodatku Eli na badaniach wyszło, że jest w ciąży. Pewnie ze ś.p. Charliem po pijaku zaszła ale z nim to nomen omen obcowała kilka godzin temu a Dawid (który pełnił rolę pokładowego ginekologa) mówi że wygląda mu to na trzeci miesiąc i że, hm, można powiedzieć że potencjalny potomek ma dość pokaźną wadę genetyczną. Polegającą na tym, że ma inny genotyp w zasadzie. Oraz macki. I że ze względu na przekonania ten typ androida nie wykonuje niestety zabiegów aborcji.

   Tu nastąpił krótki (około półsekundowy) konflikt sumienia u pani naukowiec, która mimo noszenia krzyżyka postanowiła jednak nie donosić ciąży i wbrew nauczaniu kościoła i androidów poleciała do takiego automatu na pokładzie, który co prawda też nie robił aborcji ale miał za to program "usuwanie ciała obcego". Anglik by powiedział: "How convenient"!

 Białe bandaże i ciężki powrót do domu  Aborcja odbyła się (a jakże) w stroju z dwóch białych bandaży. Ela samoobsługowo walnęła sobie kilka zastrzyków, wlazła do automatu, odpaliła program (a w międzyczasie nienarodzone dziecię zaczęło się intensywnie rodzić) i automat wykonał rodzaj carskiego cięcia z wyjęciem dziecięcia włącznie. Dziecko nie było podobne do mamy ani do taty. Miało kilka macek i przypominało ośmiornicę. Automat zszywkami pozszywał panią naukowiec a zrobił to tak udatnie, że wspomniana w sekundę po zabiegu uciekła z automatu i jeszcze zdążyła wcisnąć guzik, żeby ukatrupić ośmiorniczkę.

   No i potem to się działo i działo. Dawid znalazł jednego żywego Prometeusza (rasę tę nazywano w filmie nie wiadomo czemu Inżynierami) i ze staruszkiem Weylandem (który jak się okazało też przyleciał w takim hibernatorze ukrytym w komórce) poszli go obudzić, żeby mu zadać parę kłopotliwych pytań. Ale wiecie jak to jest jak się budzi inżyniera. Wkurzył się, urwał Dawidowi głowę, przyłożył śmiertelnie Weylandowi po czym odpalił statek kosmiczny, który miał w zanadrzu, i dalejże z tą całą śmiercionośną spiżarką pełną jagodowych słoików startować w kierunku Ziemi (też za bardzo nie wiadomo dlaczego akurat na Ziemię).

   No ale co w takiej sytuacji robi nasz pancerny Janek? Otóż bohatersko startuje i taranuje owego gburowatego Inżyniera i to tak udatnie, że jego latający obwarzanek spada, toczy się jeszcze przez chwilę po czym definitywnie jest rozbity. W czasie toczenia się, Ela oraz córka Weylanda uciekają po gruncie według najlepszych zajęczych wzorów, tzn zamiast biec w bok, lecą do przodu. Co niestety kończy ród Weylandów w dość gwałtowny i wizualnie nieatrakcyjny sposób.

   Ale Ela przeżywa i wraca do kapsuły, którą Jankowi udało się przed samobójczym rajdem wystrzelić. Ku jej zdziwieniu kapsułę zajmuje jednak jej dosyć udane nienarodzone dziecko z mackami, które w międzyczasie sporo przybrało na wadze. Niestety zamiast chwalić się na forach jak to jej bobo urosło, pani naukowiec przemyśliwa jak by tu się dzieciaka definitywnie pozbyć. Nagle drzwi śluzy się wyginają i wpada wkurzony Inżynier. Rzuca się na bezbronną, która jednak resztką sił otwiera drzwi, za którymi przebywał bobasek i bobasek ma pierwszą w życiu szansę zjeść coś solidnego. Aż mu się macki trzęsą z uciechy.

   Natomiast zrozpaczona Ela kładzie się na płask i chce umrzeć bo straciła wszelką nadzieję (a pewnie jest i w depresji poporodowej). Chęć ową przerywa jej głos głowy Dawida, która urwana leżała sobie na podłodze i zaproponowała, żeby Ela wpadła i ją podniosła bo co ma tu tak leżeć i się kurzyć skoro zna sposób jak uruchomić i posterować innym statkiem Inżynierów, których zauważył jeszcze kilka w pobliżu. Pani naukowiec myśli sobie - co dwie głowy to nie jedna - niczym biblijna Judyta bierze główkę Dawida, pakuje (jak do kobieta) do torebki i po chwili widać jak statek odlatuje, unosząc ich oboje, tfu!, ich 1,25, w kosmos na poszukiwanie ojczystej planety Prometeuszy.

   Poziom spaprania tego filmu jako kontynuatora legendy "Obcego" jest porównywalny do poziomu "Mrocznego widma". Kosztowna ekspedycja naukowa zachowuje się jak banda idiotów, wszystkie wnętrza i pojazdy błyszczą nowością i wyglądają na nóweczki (w "Obcym" wszystko było wiarygodnie podniszczone) a najlepszy poziom sztuki aktorskiej prezentuje android. Co jest chyba trendem w filmach amerykańskich od czasu kiedy Andy Serkis zagrał Golluma. W dodatku sequel prequela ("Przygody Eli oraz głowy androida w krainie Inżynierów") wydaje się nieunikniony.  No i gdybym był H.R Gigerem to bym umarł, choćby po to żeby móc obracać się w grobie.