piątek, 24 sierpnia 2007

Kazio Dreptak wrócił z delegacji,
wpadł do kuchni, obił żonę tacą
tak znienacka i bez dania racji
że biedaczka krzyknęła: "Za co??"
Na co Dreptak krzesząc z oczu iskry
ciut pogmerał za dębową szafą,
"Łeb na karku mają te ministry" -
warknął głucho i wydobył dyktafon.
Po czym z dziką satysfakcją na licu
tak zakrzyknął bardzo z siebie dumny:
"Mam cię wreszcie wredna ladacznico!
Oto będzie gwóźdź do Twojej trumny!
Ja pracuję, nierzadko nocami
a Ty bździągwo na mój koszt się bawisz!
Bądźcie państwo pewni że ta pani
już nikomu rogów nie przyprawi!"
Żona najpierw pobladła wyraźnie
lecz po chwili uśmiechnęła się nikle
po czym cicho powiedziała: "Kaźmierz,
tać go Kaźmierz nie włączyłeś jak zwykle.."
i powoli odzyskując rezon
ruchem płynnym jak u Cindy Crowford
wyciągnęła z jego teczki salceson
i wyjęła z niego magnetofon.
Który zaraz, przytuliwszy do łona,
ciekawością kobiecą płonąc -
odsłuchała, przy czym jako żona
wyglądała na zupełnie porażoną.
Dreptak milczał jakby go ktoś zamurował
a małżeństwa połowa żeńska
mówi: "Twoja sytuacja procesowa
jest mój mężu niebywale ciężka
gdyż mam w ręku niezbite dowody
żeś niedawno z rozkoszy dyszał
na dwa głosy z tą przeciętnej urody
Pędziakiewicz Ludmiłą z Przasnysza"
Kazio Dreptak poczuł w sercu ukłucie
jakby mocno rozpalonej klingi
po czym chyłkiem z pokoju uciekł
pooglądać żonine bilingi.
A małżonka spokojnym ruchem
starła blaty, dała kota na balkon,
poprawiła odbiornik za uchem
i mikrofon (ten za umywalką),
odkurzyła pluskwy pod poduszką
i zagłuszacz sygnału "ŁAPSERDAK"
po czym z dumą opadła na łóżko
żując kartę ze swojego prepaida.

Wnioski z tego nie są wcale zabawne:
w nowoczesnym gospodarstwie częściej
przeciekają informacje niejawne
niźli rury w kuchni czy łazience.

wtorek, 21 sierpnia 2007

Pewien producent weneckich masek
kupił w Genui skórzany pasek.
Od tej chwili wybijał z głowy
swemu synowi kodem paskowym
towarzystwo niewłaściwych lasek.

11:49, debergerac , Limeryki
Link Dodaj komentarz »

Pewna Suzie z zachodniej Abruzji
uwielbiała przebywać w jacuzzi
lecz kiedy rozpiąwszy szelki
ktoś chciał jej wejść w te bąbelki
krzyczała "Non!" i "Mi scuzi!"

11:34, debergerac , Limeryki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 sierpnia 2007

Motto:
Czy mamunia się nie wtrąca
i szczęścia nie zamąca?
Tatunio czy nie trąca
gdy w złość na zięcia wpadł?

Czy wujek z czci odarty
nie oszukuje w karty?
Czy chęcią żartów party
nie nadoskwiera brat?

   J. Przybora, "Jej rodzina"
  
   To będzie wpis dość osobisty. Nie mam wystarczająco szerokiej półki z książkami o gramatyce i poetyce, tudzież dyplomu odpowiedniej uczelni stwierdzającej moje uprawnienia w dziedzinie wymądrzania się na temat kataleks, średniówek i synekdoch. Mam jednak za sobą już kilkanaście lat pisania rzeczy różnych i trochę przemyśleń. Zdaję sobie sprawę, że przeciętny Kowalski na dźwięk słowa "przemyślenia" idzie do kuchni zrobić sobie herbatę ale mimo to zaryzykuję ten spadek oglądalności.
  
   U początków mojego pisania (jak to często bywa zainicjowanego uczuciem do płci przeciwnej, połączonym z młodzieńczą zapalczywością) wiedziałem, że rymy gramatyczne, częstochowskie i banalne są be. To było dosyć proste, podręcznikowe i łatwe do uniknięcia w mozolnym procesie klecenia wiersza, w owym czasie zazwyczaj przeładowanego wielopiętrowymi metaforami, porównaniami a nierzadko i przybranego z przodu jakąś apostrofą niczym wenecki galeon drewnianym posągiem syreny. Zanim zwodowało się taki korab, należało przepatrzeć rymy i te, które surowe reguły zakwalifikowały jako gramatyczne, wyciąć używszy innej dajmy na to metafory. Wiersze miały wtedy jednak tak bujne olinowanie, tak skomplikowane wydawały się już na pierwszy rzut oka, że tylko ich budowniczy był w stanie rozeznać się gdzie toto ma rufę a gdzie dziób i którą stroną toto pływa. Zresztą nawet budowniczy gubił się wracając na pokład po dłuższej nieobecności.
  
     A wiersz powinien być śmigły i przejrzysty. Jasny i na tyle przestronny aby czytelnik nie obijał sobie przy czytaniu łokci o niepotrzebne środki stylistyczne i nie musiał rozwiązywać zadanych mu przez autora szarad. A wszelka niejasność powinna prowadzić raczej na rozdroża różnorakich interpretacji niż na pustkowia niezrozumienia. Doświadczenie wykazało, że takich właśnie wierszy nie da się zbudować przy pomocy narzędzi z warsztatu pani polonistki. Że wierszom bliżej jest do istot żywych, rodzących się w każdym swoim aspekcie jednocześnie, będących od zarania tworami integralnymi niż do mechanizmów powstających jako suma niezliczonej ilości śrubek, zębatek i sprężyn. Wiersz powinien powstać na raz. Powinno się go wyłonić z siebie jak najprędzej bo każda zwłoka zagraża tym, że wiersz straci integralność, że stanie się znaczeniowo lub uczuciowo łaciaty, odwzorowując w ten sposób różnice w stanie ducha autora przed i po dajmy na to telefonie, który przerwał pisanie. Tak jak ostrość fotografii zależy od czasu naświetlania tak przejrzystość wiersza zależy od tego czy uda się autorowi zapisać chwilę.
    
     Płynie stąd jeden wniosek - analiza wiersza, rozbieranie go na części więcej ma z sekcji zwłok niźli z wizyty u zegarmistrza. Wiersza rozłożonego na kawałki nie da się złożyć. Złożony, zawsze będzie inny. Straci tą przypisaną sobie całość. Zamiast summą stanie się zaledwie sumą. Zdemaskowaną sztuczką iluzjonisty a nie magią.
    
     Ta właśnie cecha wiersza, ta jej przyrodzona nierozkładalność jest przyczyną porażki analitycznych metod dociekania przyczyn i reguł piękna. I (wracając do tytułu tego wpisu) ona powoduje, że ani rym gramatyczny ani żadne inne warsztatowe "przestępstwo" nie daje się jednoznacznie i w czambuł potępić. Oczywiście o ile czytelnikowi wydaje się jednolite z całym wierszem, o ile nie wywołuje poczucia sztuczności i protezy. Próg tego poczucia jest dla każdego z nas inny (z pewnością w gronie młodych polonistów niższy niż średnia krajowa). Jednak czytając wiersz powinniśmy zapomnieć na chwilę o stopach rytmicznych, układach rymów i aliteracjach. Najpierw powąchać i zasmakować ciasta a nie od razu brać się do wydłubywania rodzynek.

19:01, debergerac , Takie tam
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 sierpnia 2007

Przedwczoraj o świcie, panowie i panie,
mieszkańcy edenu dostali wezwanie
na rajski dywanik a tam na nich czekał
barczysty archanioł i widać z daleka
że wściekłość mu kipi pod czapką
i pyta "kto zerwał?"
i pyta "kto zerwał?
no który z was zerwał
to jabłko?"

Więc pierwszy, choć mięśnie mu drżą pod kolanem
zaprzecza, że jabłko zostało zerwane,
że choć go archanioł pod drzewem był zdybał
to on tego jabłka na pewno nie zrywał.

A drugi wtóruje, że myślał nad ranem
że jabłko zostało brutalnie zerwane
lecz teraz gdy prawie na wieczór się ma
to sądzi, że jabłko trwa.

(Archanioł drapie się w aureolę
i bębni palcem po stole)

Ten pierwszy powiada: "Choć bardzo się gryzę
że z jabłka pozostał niewielki ogryzek
to jednak z ogonka i faktu dyndania
znać wprost że nie doszło do aktu zerwania"

Poza tym, rzekł drugi, gdy oni zrywają
to my zostaniemy. To dobre dla raju.

A pierwszy dorzucił: My zrywać? A gdzie tam!
Co oni za bzdury drukują w gazetach!?
Jeżeli ktoś zrywał to tamci zerwali
my tam nie sięgniemy - jesteśmy za mali.

(Archaniołowi filcują się skrzydła
i marzy o dobrych widłach)

Na koniec - morał: każda pasożyta
wie i stosuje ową wiedzę zawsze
że można nażreć się jabłka do syta
uprzednio go nie zerwawszy.

23:49, debergerac , Polityki
Link Komentarze (3) »