poniedziałek, 02 sierpnia 2010
Na początku, wszechświat był malowany
w kolorowe, grube anioły o puszystych skrzydłach.
Był domkiem, poskładanym z wielobarwnych świętych
obrazków, jajek, choinki, pod którą ogromny
archanioł gonił z mieczem dwoje nagich ludzi
winnych tego jedynie, że pragnęli poznać
smak krągłych jabłek.

Nie było w nim Boga.

Tylko historie pasterzy, samozwańczych królów,
brodatych proroków, wojen i ucieczek,
miast płonących o świcie i posłusznych głębin
były albo zmyśleniem albo metaforą
ikoną pokrywaną cienką warstwą złota
tak cienką że starczyło poskrobać paznokciem

żeby dotrzeć do deski, ściętej, heblowanej
prostą dłonią człowieka, który bał się śmierci

i zmyślił nieskończoność. Byle jak, tak tylko
żeby mu tam po śmierci nadal było dobrze
a ci, co go krzywdzili smażyli się w smole.
Taką właśnie niewielką, ludzką nieskończoność
w którą zawlókł czas, przestrzeń i grube łańcuchy
przyczynowo-skutkowe. Gdzie z drewna wyciosał
jeszcze jednego boga na swój wzrost i obraz,
obdarzył go potęgą oraz wolną wolą
zgromadzenia kapłanów.

Nadal nie ma Boga.

Tego który potrafił tak pomyśleć wszechświat
że od drobin atomu aż po galaktyki
zrobił się sam i działa i czy to przypadkiem
czy zupełnie celowo stworzył mnie bym o tym
mógł pomyśleć. Jak Stwórca.

Albo jak Przypadek. Syn Fluktuacji Kwantowej
i Okoliczności, Dziedzic panuniwersum którego nie może
ani porządnie zwiedzić ni zmieścić w umyśle.
Albo jak konsekwencja niewielkiej mutacji
co dała wielkim małpom nazbyt duży mózg

i myśli o czymś więcej niż kość i drapieżnik.
Mutacji, która wpędza nas w poszukiwanie
sensu swego istnienia, nas, tak bardzo pysznych
że zdaje nam się pewnikiem Najwyższa Istota
która specjalnie dla ludzi wymyśliła Cel,

co nas kocha tak bardzo, że od tysiącleci
nie odpowiada na listy. Pewnie siedzi w pracy
po godzinach pilnując chmur elektronowych
i spiralnych galaktyk i wpada do domu
jedynie na niedzielę ale nawet wtedy
czyta tylko gazetę.

Tą samą co zwykle.