czwartek, 23 września 2010

   Temat przedłużenia wieku emerytalnego (taką formułę przeczytać można w gazetach choć jako żywo nie wydaje mi się żeby wiek się przedłużało. Czy to znaczy, że osoby w starszym wieku są jednocześnie osobami o dłuższym wieku?) zataczając coraz szersze kręgi dotarł do Hollywood, na skutek czego przez nasze kina i torrenty przelewa się obecnie fala filmów o emerytowanych (jak wynika z treści - przedwcześnie) agentach, żołnierzach oddziałów bardzo specjalnych czy też, jak w przypadku omawianej produkcji - bandach wysokokwalifikowanych rzezimieszków do wynajęcia.

   W tym kontekście, polskie tłumaczenie tytułu jest miłym gestem dystrybutora filmu w stronę naszych rodzimych emerytów. Wszak angielskie "Expendables", nie da się przetłumaczyć łagodniej niż "Zbędni" (a biorąc pod uwagę treść dzieła - "Mięso armatnie"). Dystrybutor zachował się więc ze wszech miar politycznie poprawnie i dlatego polskie rzesze emerytów (w odróżnieniu od amerykańskich, które i tak nie chodzą do kina bo są zajęci podróżowaniem dookoła świata i drinkami z palemką) mogą z dumą oglądać film o Niezniszczalnych Emerytach.

   A Niezniszczalni Emeryci nie zamienili swoich Zielonych Beretów na Moherowe ooo nie - dalej, mimo podeszłego wieku, są czynni zawodowo i czeszą grubą kasę, z politowaniem patrząc na młodszych kolegów na państwowym żołdzie w jakimś Afganistanie czy innym Iraku. Ekipie przewodzi (według starszeństwa) Sylvester Stallone (lat 64), zapewne w ramach kamuflażu bojowego pokryty grubą warstwą kosmetyków a pomagają mu m.in.  Jet Li (lat 47) - myśli o założeniu rodziny,  Dolph Lundgren (lat 53) - mający już lekkie kłopoty z odróżnianiem wrogów od przyjaciół oraz Mickey Rourke (lat 58) - jedyny w tym towarzystwie, który przejawia jeszcze jakieś nieplatoniczne zainteresowanie kobietami. W rolach epizodycznych zobaczyć możemy również gubernatora Arnolda Schwarzeneggera (lat 63) (coraz bardziej podobnego do Terminatora) oraz Bruce'a Willis'a (lat 57), który na tyle wczesnie zrezygnował z dłuższych fryzur, że nikt nie zauważył, że wyłysiał.

   No i jest jeszcze jeden wczesny emeryt, Jason Statham (lat 38) najpewniej były agent CBA lub innej instytucji odsyłającej w miarę dziarskich młodzieńców na zasłużoną emeryturę. Polityczna poprawność twórców filmu nie poszła jednak tak daleko aby ukazać choć jedną emerytowaną kobietę. Wszystkie (obie) są w wieku zdecydowanie produkcyjnym.

... i widzisz tu już mi się obraz rozmywa...

   A film opowiada o tym, jak ów Kabaret Starszych Panów, otrzymuje zlecenie obalenia lokalnego dyktatora na małej wysepce. Nie myśląc długo (bo wszak nie jest to specjalność oddziałów nomen omen specjalnych) Stallone zabiera młodzika Stathama (który w filmie nazywa się Christmas czyli Boże Narodzenie) na wspomnianą wyspę celem dokonania rekonesansu (w tym filmie, podobnie jak w życiu, Boże Narodzenie i Sylwester są sobie bardzo bliscy).  

   Lądują, jakoś przechodzą przez kontrolę graniczną i idą do knajpy spotkać się ze swoim "kontaktem". Kiedy kontakt pojawia się i kołysząc biodrami podchodzi do stolika, nawet w podstarzałym umyśle Sylvestra pojawia się skojarzenie z "wtyczką", które jednakże szybko przegania z głowy bo po pierwsze jest w pracy a po drugie już nie bardzo pamięta o co z tą wtyczką i kontaktem właściwie chodziło. A Boże Narodzenie chwilowo nie jest zainteresowane kobietami bo druga występująca w filmie niewiasta własnie puściła je kantem.

   No a w pracy - jak to w pracy. Jadą z kontaktem pooglądać obóz dyktatora a tu nagle łapanka! Zjawia się kilka wozów z żołnierzami co w efekcie prowadzi do aktów przemocy ze strony Sylvestra i Bożego Narodzenia zakończonych wysadzeniem połowy portu i spektakularną ucieczką. Niestety bez kontaktu, który okazał się być nazbyt emocjonalnie związany z krajem i nie chciał rzucić ziemi skąd jej ród.  

    Potem jednak Sylvester zaczyna sobie to i owo przypominać z czasów młodości kiedy to był jeszcze wczesnym Rocky Balboa i odkrywa w sobie coś, co po dłuższym namyśle i kilku konsultacjach psychoanalitycznych klasyfikuje jako uczucie do pozostawionego na pastwę dyktatora kontaktu. Gnany impulsem postanawia powrócić na wyspę i wyrwać kontakt. Wierni koledzy postanawiają wyruszyć razem z nim.

   No i tak dalej i tak dalej. Wszystko oczywiście dobrze się kończy (nawet Boże Narodzenie spodziewa się pod koniec filmu Dzieciątka) i następuje totalny i nieodwołalny happy end.

   A my oddychamy z ulgą i zaczynamy cenić filmy o emerytowanych żołnierzach, policjantach, kowbojach i kosmonautach. To w końcu jeden z nielicznych gatunków sztuki filmowej, w której nikt nie myśli o sequelach...

Lubię sex - powiedziała gdy w skudlonej pościeli
znalazła wreszcie język - będę się już zbierać -
lecz tylko twarde pięści rozpuściła w palce
i podciągnęła wolno niebotyczne nogi
gestem prawie wstydliwym, przygryzając wargę
by przez otwarte usta nie wypadał krzyk.

Powracała do formy. Kiedy w chwilę potem
na parapecie okna paliła niespiesznie
nocnego papierosa, zdałem sobie sprawę
jak jej dobrze
w tej ramie, w prawym dolnym rogu
zamkniętej w czarny trójkąt
na bladym tle świtu.

10:47, debergerac , Liryki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 września 2010

   "... i dlatego uważam, że papirusy to tylko przelotna, techniczna nowinka, która się nie przyjmie. Pomijam już fakt, że są nietrwałe oraz drogie i kłopotliwe w produkcji ale nic nie będzie w stanie zastąpić prawdziwemu bibliofilowi niepowtarzalnego zapachu glinianej tabliczki, zapachu który przypomina każdemu z nas, z czego go ulepiono. Nic też nie zastąpi tego głębokiego brzęku jaki wydają tabliczki gdy odkładamy je po przeczytaniu, brzęku w którym słychać jeszcze płomienie utrwalające na wieki wieków zapisane, człowiecze myśli.

   I jakże po tym papirusie pisać? Jakie nakłady należy ponieść na zaopatrzenie się w odpowiedni sprzęt? Czy ci, którzy proponują nam ów technologiczny przełom zastanowili się choć przez chwilę że orły i kałamarnice nie leżą na ulicach i że nie każdego (zwłaszcza na terenach pustynnych) będzie stać na zakup piór i atramentu? A teraz wystarczy tylko podnieść z ziemi byle jaki patyk i już można napisać książkę!

   A jak będą wyglądały nasze biblioteki kiedy zamiast porządnych, grubych tabliczek będziemy w nich przechowywać cienkie papirusowe kartki? Jak będzie się czuł bibliofil, kiedy zamiast czternastu szaf będzie mógł zmieścić całą książkę na połowie jednej półki?

   To się nie uda panowie! Owszem, techniczne usprawnienia są mile widziane ale czy nie lepiej byłoby się skupić na technikach melioracyjnych zamiast podnosić świętokradczą rękę na ostoję kultury i wiedzy jaką stanowi gliniana tabliczka? Czy tego właśnie najbardziej potrzeba teraz światu?

   A ponad wszystko: ile stron papirusu będziecie musieli podłożyć pod stołową nogę żeby się nie kiwała, hę? ..."

Ocalałe fragmenty glinianej tabliczki znalezionej w dorzeczu Nilu przez ekspedycję prof. Stephena Lopata. Datowane na około 3000 lat p.n.e.

11:13, debergerac , Takie tam
Link Komentarze (10) »