poniedziałek, 27 października 2008

   Jak wyczytałem, skądinąd poważny serwis tvp.info podaję iż posłowie PIS zamierzają podać do sądu rząd PO-PSL za to, że "splagiatowali" ich projekt ustawy. Ulubieniec publiczności, niejaki Brudziński, obwieszcza wszem i wobec, że zamierzają nawet podać PO do sądu z racji naruszenia praw autorskich.

   Z nieznanych mi przyczyn (pewnie z powodu przemęczenia i ogólnego zalatania dziennikarzy, którzy padają jak muchy wykończeni ciągłym naciskaniem Ctrl+C i Ctrl+V) żaden z serwisów nie zauważył iż:

  1. Z definicji urzędowe dokumenty, znaki i symbole, materiały oraz akty normatywne i ich urzędowe projekty nie korzystają z ochrony prawem autorskim.
  2. Projekt ten został przygotowany przez były rząd za pieniądze podatników i to podatnicy a nie byli rządowi urzędnicy są jego właścicielem.

   Wydaje mi się, że informacyjna rola mediów nie powinna się sprowadzać do bezmyślnego transmitowania odbiorcom wszystkich głupot jakie wygadują politycy. A jeśli już, to pod głupotą powinien być odpowiedni, odgłupiający komentarz.

10:24, debergerac , Polityki
Link Komentarze (7) »
piątek, 24 października 2008

Drogą z Tuluzy do Awinionu
co się po ziemi ciągnie jak szal
wracali z wojen w zacisze domu
dwaj znamienici fryzjerzy:
znany wam Wojciech Obieżyn
i Henryk Dziki de Skalp

Jeszcze im w uszach jazgot bitewny
jeszcze na dłoniach odcisk od brzytew
i w głowie ciągle wibruje śpiewny
warkot maszynki gdy pod Madrytem
starli się z dziką rzeszą niewiernych
i ramię w ramię z głośnym "ha, ha, ha!!"
zgolili szorstkie jak papier ścierny
brody nieszczęsnym dzieciom Allacha

Jeszcze wracają wspomnienia czułe
chwili co dotąd zmysły im mąci
gdy w wielkiej bitwie koło Karlsruhe
poległ niejeden teutoński wąsik
O chwilo święta, radości wielka
gdy wśród rumieńców wstydu i pąsów
gubiąc z pośpiechu spodnie na szelkach
uciekał z pola tłum gołowąsów

Albo w Arabii, gdy pośród chwały
w nieprzyjacielskiej czarnej nawale
wycięli drogę poprzez oddziały
pejsy im strzygąc w zgrabne spirale
A każdy Arab w ten sposób pchnięty
na najczarniejszej rozpaczy kraniec
swe niedomyte pokazał pięty
i był zmuszony zmienić wyznanie.

Pełga na twarzach uśmiech złowieszczy
grzebień zaczepnie sterczy z kieszeni
pamięć podsuwa im twarze dziewczyn
które też strzygli rozanieleni.
Zmieniali dzieje całych narodów
karty historii pisząc na nowo
brzytwą, maszynką, szamponem z miodu
i gruszką z wodą toaletową.

Teraz wracają do swych zakładów
krętą ścieżyną francuskich Alp
doprowadziwszy świat już do ładu
dwaj nierozłączni fryzjerzy
zmęczony Wojciech Obieżyn
i Henryk Dziki de Skalp.

15:42, debergerac , Fryzjeryzm
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 października 2008

Danae jak każdy stary żołnierz 
nie wylewała nigdy za kołnierz 
Zrobiła tylko wyjątek 
dla Zeusa w pewien piątek  
i z rozkoszy w głos krzyczała: Oł! i Och żesz! 

Zeus, co był niezłym draniem 
pomyślał ? ja jej sprawię lanie 
moim pozłacanym deszczem 
że zakrzyknie ? jeszcze, jeszcze, 
jeszcze polej mnie tu trochę, na dywanie! 

Zeus przychodził w każdy wtorek 
a że mu zaciął się rozporek 
występował w roli meteorologicznego tombaku 
z Danae w kuchni na zlewozmywaku 
(przynosił nawet własny korek) 

Niejaki Zeus uciechę miał 
w formie deszczu korzystając z ciał 
opalających się dziewic 
Lecz weź tu człowieku przewidź 
wodoodporne filtry UV.... 

12:00, debergerac , Limeryki
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 października 2008

   Obejrzałem ostatnio wzruszający film o wielkiej miłości, o miłości która łamie bariery międzykorporacyjne, której siła przezwycięża odwieczną waśń. Film o niewyobrażalnym mezaliansie, większym niż ten w "Trędowatej", większym nawet niż te znane z bajek o Głupim Jasiu i Księżniczce. Film o odwzajemnionej miłości PC-ta do Macintosha. Po prostu "Romeo i Julia" na miarę naszych czasów.

    PC-et zajmuje się w owym filmie przetwarzaniem śmieci (czyli robi to, co większość PC-tów zainstalowanych w biurach i urzędach) a Macintosh (rodzaju żeńskiego ale czyż ugryzione jabłko nie powinno być właśnie symbolem kobiecości?) zajmuje się poszukiwaniem życia (mam kilku kolegów pracujących na Mac'ach i oni też często zajmują się poszukiwaniem życia. A jeśli już nie życia, to przynajmniej środków do życia). PC-et jak to PC-et - trochę rzęzi i skrzypi, ale robi co do niego należy ustawiając gigantyczne wieże z przetworzonych śmieci. Macintosh natomiast fajowsko wygląda lecz wydajność pracy (1 roślinka na lifetime, w dodatku podsunięta przez PC-ta) ma mizerną.

   Ale to przecież nie produkcyjniak tylko film o miłości. Różnica w wydajności nie przeszkadza naszym bohaterom nawiązać miłosnej więzi, choć z początku od tradycyjnie dobrze chłodzonego Macintosha wieje chłodem. W końcu jednak i pod jego gładką obudową zapalają się czerwone diody.

   Tu następuje jednak zwrot akcji i Macintosh, po pokazaniu mu przez PC-ta hodowanej przez niego roślinki (nie macie pojęcia ile życia jest w nieodkurzanym PC-cie) zatrzaskuje ją (roślinkę) w sobie i przechodzi w standby, z którego nie daje się obudzić. Jeśli ktoś kiedyś próbował zmusić Macintosha do oddania mu lekko porysowanej płyty DVD po upadku systemu to wie o czym mówię - coś tam mruga, coś pulsuje ale ogólnie - umarło.

Lekki modding Maca

   Zdarzenie to staje się punktem wyjścia do dalszych, zakończonych szczęśliwie przygód naszych bohaterów, w czasie których mamy okazję podziwiać niebywałą rekonfigurowalność PC-ta i możliwość wyposażenia go w urządzenia zewnętrzne (gaśnica) oraz design Macintosha. Następnie autorzy filmu, w pełnej zjadliwości scenie serwisowania pokazują, że trzeba nie mieć równo pod sufitem żeby trafić do autoryzowanego serwisu (owe zwariowane odkurzacze w poczekalni mówią same za siebie) przeciwstawiając mu samoserwisowanie się PC-ta przy pomocy części wyjętych ze śmietnika.

   Finał jako się rzekło jest szczęśliwy co pozwala mieć nadzieję że przyszłość należy do komputerów które odziedziczą najlepsze cechy po tatusiu i po mamusi.

środa, 15 października 2008

   Ponieważ, co tu ukrywać, moje 40-te urodziny zbliżają się wielkimi krokami Yeti, postanowiłem uczcić je piosenką. Tak. Jestem autocelebrytą a poza tym Zosią Samosią, więc sam sobie napisałem tekst, sam ukradłem muzykę Paulowi McCartney'owi (dzięki Paul!), sam (hm) zaśpiewałem  i sam nakręciłem teledysk przy pomocy serwisu goanimate.com (za wygrzebanie którego wdzięczny jestem panu Wimmerowi z blogu Poradnik Internauty). Proszę zapiąć pasy - ruszamy w kolejne czterdziestolecie...

Mam czterdzieści lat

Chociaż mu głowa resztkami sił
trzyma jeszcze włos,
na dziesiąte piętro trzeba drania nieść
i nie wszystko może już jeść.
Kilku hormonów poziom we krwi
może troche spadł.
Jeszcze nie tetryk
lecz według metryk
ma czterdzieści lat.

Spośród potrzeb stu
jedna została mu:
osiem godzin snu.

Niby jest młodszy niż Tomasz Cruise
i Alain Delon,
jeszcze mu daleko do
pieluchomajt
i nie musi pić Coli Light.
Ale nierzadko
szybciej niż gość
wali się pod blat.
Choć jeszcze krewki
to nie przelewki
te czterdzieści lat.

Trzeba biegać i kąpiele z błota
co niedziela brać, i stosować krem.
Ograniczać dżem.
Żeby ciut tylko żywszym być
niż Stanisław Lem.

Nim ręka boska wyłączy prąd
i odetnie gaz
trzeba szaleć niczym
młody Tuhajbej
choćby klejąc włosy na klej.
Nim się kolejny ukruszy ząb
i urośnie zad -
wina i gejszy!
bo z dniem dzisiejszym
mam czterdzieści lat.

a poniżej, dla tych, którym GoAnimate się długo ładuje - wersja Youtubowa:

A w ramach prezentu urodzinowego poproszę o wykopanie tego teledysku na Wykop.pl. Klikając o tutaj.

09:57, debergerac , Liryki
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2