piątek, 30 kwietnia 2010

   Przysłuchiwałem się ostatnio ożywionej rozmowie trzech moich znajomych o poglądach nazywanych u nas umownie "prawicowymi", obserwując z narastającym zdziwieniem jak na kanwie katastrofy smoleńskiej, wpadają w swego rodzaju potrójny rezonans i na fali owego rezonansu wznoszą się coraz wyżej i wyżej w argumentacjach jak to owa katastrofa spowoduje, że teraz nagle świat zauważy Polskę i że teraz to Putin z pewnością wyjawi całą prawdę o Katyniu a na dokładkę jeszcze obniży nam pewnie cenę za gaz i jak to cały świat dowiedział się nagle o znaczeniu i dziejowej roli byłego prezydenta i z nagła go docenił, dowartościował i przez to Polska będzie teraz na arenie międzynarodowej....

   Tu nie wytrzymałem (ale długo mi się udawało, przyznacie) i postanowiłem spuścić nieco powietrza z balonu który niechybnie wiódł ich coraz wyżej w stratosferę ku pewnej zgubie.

   Bo Polska, niezależnie od ilości swoich obywateli, których utraci w sposób gwałtowny (czy to w katastrofie czy to wysyłając ich na jakąś straceńczą misję) nie jest Mesjaszem Narodów. Jeśli już, to Marsjaszem Narodów - umiemy nieźle grać na piszczałce ale jak przyjdzie co do czego to byle Apollo łupi nas w końcu ze skóry sprytnie zmieniając reguły gry. I będzie to trwało tak długo, jak długo będziemy dawać się wodzić za nos emocjom, wzdychać z ukontentowaniem na widok Kmicica i trwać w złudzeniu, że gwałtowna masowa śmierć jest skuteczniejsza niż długie, dostatnie, pracowite życie.

11:02, debergerac , Polityki
Link Komentarze (2) »
środa, 31 marca 2010

   Otrzymałem niedawno, opatrzony najwyższą klauzulą tajności i wydrukowany na papierze o smaku cebulowo-paprykowym, plan premier nowych produktów firmy Steven'a Jobsa na najbliższą pięciolatkę. Plan jest zaiste imponujący i (jak Goło ale z Applemprzystało na firmę Apple) wizjonerski. Co więc czeka nas w najbliższej przyszłości?

  • iPud - ważąca 40 funtów (16,38 kg) wersja iPoda dla osób dbających o swoją kulturę fizyczną. Oprócz GPSa i akcelerometru pozwalającego wizualizować trasę biegu czy jazdy na rowerze, będzie zawierać również czujnik tętna i przenośny defibrylator. Produkt powstaje we współpracy z firmą Nike, która na jego potrzeby konstruuje już specjalne obuwie do biegania, z ołowianymi, grubymi podeszwami. Podobno trwają rozmowy z p. Mariuszem Pudzianowskim aby w ramach działań marketingowych zmienił nazwisko na iPudzianowski.
  • iPyd (pierwotnie: iWay) oraz iPed -  specjalizowane wersje odtwarzacza muzyki, dla rynków antysemickich i homofobicznych a przy okazji nowe, rewolucyjne podejście do marketingu polegające na budowaniu więzi z produktem na zasadzie "kto się czubi ten się lubi". Oczywiście i w tych urządzeniach nie zabraknie technologicznych innowacji. Firma testuje właśnie nowy rodzaj sterowania za pomocą pociągania za wykonane z włókien węglowych pejsy (dla iPyd'a). iPed natomiast będzie się wyróżniał pośród konkurencyjnych produktów tym, że interfejs użytkownika będzie miał z tyłu.
  • iPid - najmniejszy na świecie odtwarzacz multimedialny w kształcie włosa, który można sobie zaszczepić bezpośrednio w uchu. Z powodu mikroskopijnych rozmiarów jego interfejs użytkownika będzie oczywiście bardzo ograniczony. Właściwie to nie będzie go wcale. Odtwarzacz, przy potrząsaniu głową, będzie wydawał dźwięk "piii" (stąd nazwa tego rewolucyjnego urządzenia). Jak ponoć stwierdził sam Jobs w czasie jednego ze spotkań z projektantami: "Muzyka to szkodliwy przeżytek. Okropnie obciąża procesor i pożera spore ilości prądu z baterii. Poza tym niektóre utwory, zwłaszcza klasyczne, działają nieznośnie wolno i blokują system". Firma planuje, że poprzez iTunes Store będzie można dokupić do urządzenia nowe dźwięki "pii" o różnych wysokościach dźwięku, dopasowane do indywidualnych upodobań.

   Dalsze plany firmy zakładają opatentowanie kilku nowych samogłosek, żeby otworzyć drogę dla następnych produktów. Planuje się także wytoczenie pokazowych procesów osobom fizycznym, których nazwiska zaczynają się od małej litery "i" oraz portalom używającym bezprawnie znaków towarowych: "handjobs" i "blowjobs".

12:46, debergerac , Takie tam
Link Komentarze (4) »
piątek, 12 lutego 2010

   Mam słabość do musicali. A jeśli jeszcze chytry producent wyłoży na plakatach taką na przykład Nicole Kidman, wyciętą żywcem z "Moulin Rouge" i doklei do niej Penelopę Cruz-Cruise to już mnie ma. Tym razem nawet, aby podkreślić jak lubię musicale, nie skorzystałem z wypożyczalni Torrent tylko poszedłem do kina. Takiego wiecie - z popcornem i colą.

   Film miał być amerykański ale na pierwszy rzut oka wyglądał na włoski. To znaczy wszyscy bardzo się starali udawać Włochów: nosili czarne okulary, jeździli tylko śmiesznymi włoskimi samochodami (ewentualnie skuterami), palili papierosy bez ustanku i mieli fryzury typu mokra włoszka. I oczywiście mówili po angielsku z akcentem włoskim, co było równie śmieszne jak Brad Pitt mówiący w "Inglorious Basterds" - "Bondziorno" z akcentem amerykańskim (swoją drogą ciekawe jak przyjąłby się w polsce film o anglikach, mówiony po polsku z akcentem angielskim? ;)).

   Ponoć tytuł filmu był nawiązaniem do "Osiem i pół" Felliniego. Że niby dziewięć to więcej niż osiem i pół. Ale będąc amerykanami, twórcy filmu zrozumieli "więcej" po swojemu, jak to przy remake'ach - większy balecik, lepsze efekty specjalne, więcej obcych i potworów i dłuższe zęby u wampirów. Mamy zatem balecik. Dużo balecików. Wszystkie wykonywane przez zgrabne panie w strojach niedbałych. Gorseciarki w Los Angeles prawdopodobnie zarobiły fortunę przy produkcji tego obrazu, gdyż nawet Judi Dench, która jak wiadomo nie jest chucherko - zapakowana jest tu w jednej ze scen w coś w rodzaju gorsetu właśnie. Jeśli uznamy, że ten film ma budowę wielopłaszczyznową, to dominującą płaszczyzną jest właśnie ta bieliźniarsko-taneczna.

   Ale jak wiadomo z samych gaci i podwiązek filmu się nie zrobi (no dobrze, może zrobi ale pod warunkiem że ktoś te gacie zdejmie a podwiązki odepnie) więc konieczny był również jakiś pozagarderobiany scenariusz. I tutaj scenarzysta wykazał się makiawelicznym wręcz sprytem i przebiegłością: ponieważ nic mu nie przychodziło do głowy, napisał scenariusz o facecie, któremu nic (oprócz tego co wszystkim) nie przychodzi do głowy i który się męczy bo nie może napisać scenariusza. Takie chińskie pudełko, zwane u nas częściej "schematem ruskiej babuszki". Pomysł, jak widać, sprytny i żałowałem tylko, że główny bohater, alter ego scenarzysty, niejaki słynny rezyser Guido Contini (bo we włoszech podobno reżyserzy zajmują się pisaniem scenariuszy, taka specyfika i egzotyka wiecie) nie wpadł w filmie na pomysł zrobienia filmu o reżyserze, który nie ma pomysłu na film. Wtedy to już by była pełna rekurencja i można by owo dzieło opychać wydziałom informatyki na uniwersytetach w ramach pomocy naukowej.

Kobiety (żywe i martwe)

    Ale najwyraźniej wpadanie na jakiekolwiek pomysły nie mieściło się w charakterystyce postaci Guido Continiego, który to twórca przez ponad dwie godziny projekcji miota się po ekranie i nic nie może wymyślić poza tym, że chce wrócić do żony i w związku z tym sprowadza sobie do hotelu swoją zasłużoną i długoletnią kochankę (długoletniość niestety widać już deczko po Penelopie Cruz-Cruise), całuje się z (baczność!) Amerykańską Gwiazdą Filmową Nicole Kidman (spocznij!) i ogólnie klei się, z wzajemnością, do wszystkich przedstawicielek płci choćby trochę pięknej w zasięgu wzroku (ograniczonego oczywiście nieco przez czarne okulary, które jak wie każdy amerykanin - nosi się bezustannie będąc Włochem). Jedyną kobietą w filmie, do której bohater nie klei się seksualnie jest Sophia Loren, grająca jego zmarłą matkę. Swoją drogą musi to być przykre dla Sophii, że obecnie zatrudniają ją tylko w rolach osób umarłych. Ale z drugiej strony, daje jej to szansę zagrania jeszcze wielu ról w bezustannie powstających filmach o zombie (Zombieland 2?) a ukoronowaniem jej kariery może być nawet rola w którejś kolejnej ekranizacji Hamleta. Rola ducha ojca Hamleta to przecież łakomy kąsek dla każdego prawdziwego aktora dramatycznego.

   Bardzo ciekawie jest w filmie "Dziewięć" ukazana organizacja włoskiego przemysłu filmowego. Okazuje się bowiem, że we Włoszech, mimo braku jakiegokolwiek scenariusza a nawet pomysłu na scenariusz, spragniona pracy ekipa (a każdy kto kiedykolwiek współpracował z obywatelami Italii wie jakie to psy na robotę) zamiast, w ramach postojowego, leżeć sobie nad Tybrem albo na plaży w Ostii - pracuje że aż furczy. Scenografowie budują monumentalne dekoracje w kształcie ruin, specjalistka od kostiumów szyje na potęgę gorsety i pierzaste boa, na castingach zatrudniane są piękne kobiety, wszyscy biegają, dzwonią, ustalają, producent produkuje, murarz domy muruje etc. Oczywiście oglądając niektóre filmy włoskie, człowiek może odnieść wrażenie, że posiadają one scenariusz, który musiał spiąć to co ekipa naprodukowała losowo przed powstaniem scenopisu. Jak na przykład ten z Mastroiannim i wielką małpą. Tu jednak film w końcu nie powstaje, murarze burzą ten fragment Coloseum, który w międzyczasie postawili, aktorki lądują w nocnych klubach a tytuł filmu "Italia" wraca do bębna maszyny losującej i może zostanie wykorzystany przy okazji innego filmu bez scenariusza.

   No dobrze, dobrze powiecie. Ale u Felliniego też tak przecież było. Różnica jest taka, że to co u Felliniego, mimo chaosu, trzymało się kupy - tu się nie trzyma. Że to co u Felliniego było oniryczne - tu jest dysonansem. Zamiast magii mamy żonglerkę, zamiast artysty - manekin. W dodatku co chwilę akcja zostaje przerwana bo trzeba pokazać balecik i gorsety. Jednak włosi lepiej robią amerykańskie westerny niż amerykanie - włoskie filmy. Amen.

sobota, 16 stycznia 2010

   Czytam tu i ówdzie coraz bardziej poważne w tonie deklaracje miłościwie nam panujących oraz przedstawicieli i ekspertów Dużych Koncernów Medialnych, że planuje się wprowadzić, wzorem bodajże francuskim, instytucję "odcinania od internetu za piractwo". No i tak czytam i czytam, że ponoć Gremia nad tym Debatują, że urządza się Konferencje odcinaniu poświęcone i że Duże Koncerny Medialne nie popuszczą bo bez odcinania piratów trudno jest im, koncernom odcinać kupony od własnych Dużych Medialnych Sukcesów (jak np. nowa płyta Edyty Górniak albo kolejny album z coverami Mieczysława Fogga śpiewanymi w ramach zmiany imydżu przez A. Chylińską).

   Ale że z natury jestem refleksyjny i praktyczny, nie mogę dojść do tego jak mianowicie w 21 wieku można kogokolwiek efektywnie od Internetu odciąć? No dobra, może przyjść policja i zdemontować neostradę a do wszystkich osiedlowych providerów, do kablówek, operatorów telefonii komórkowej a niebawem pewnie również producentów lodówek i mikrofalówek, rozesłać wilczy internetowy bilet na takiego Kowalskiego. Ale jak rozumiem, Kowalski może póki co mieszkać z rodziną a projekt o ile mi wiadomo nie przewiduje wzorem ustaw III Rzeszy odpowiedzialności zbiorowej do trzeciego stopnia pokrewieństwa włącznie. Znaczy się internet założy sobie dajmy na to żona lub teściowa Kowalskiego i z całego odcinania nici.

   No dobra, bądźmy uparci i przyjmijmy, że bana na interek dostał nie tylko Kowalski ale także żona, dwójka urwisów, wujek Zenek i kot Mruczek. To w jaki sposób odciąć Kowalskiego od niezabezpieczonego WiFi mimowolnie udostępnianego  przez zalotną sąsiadkę Wiśniewską? Co więcej, taki Kowalski pewnie chodzi do pracy, w której jak na złość, ma na biurku nie tylko sekretarkę (od czasu do czasu) ale i dostęp do internetu (stale). Czyli z pracy też trzeba Kowalskiego wylać i przenieść do kopania rowów (i to broń Boże nie pod inwestycje infrastrukturalne) ?Odcinarka od internetu

   Ale nawet jeśli Kowalskiego wyleją z roboty, to kto mu zabroni pójść do Internet Cafe? Albo na rynek w Krakowie? Albo do McDonalda? Kto przypilnuje Kowalskiego żeby sobie nałogowiec jeden nie kupił prepaidowej karty do komórki? I kto wreszcie będzie w stanie odciąć go od stałego, satelitarnego łącza, które wykupi sobie w innym kraju?

   Wygląda więc na to, że owe pohukiwania Dużych Koncernów Medialnych oraz ich rządowych wasali, są niczym balonik - puste w środku. Bo efektywnie można człowieka odciąć od internetu na dwa sposoby: zastosować schemat "na jednego człowieka jeden szeryf przypada" (wg. pana Młynarskiego) lub odkurzyć starą ale skuteczną naukową metodę, notabene również wymyśloną i wprowadzoną we Francji (vide ilustracja).

15:51, debergerac , Takie tam
Link Komentarze (4) »
środa, 14 października 2009

Agent Tomek Kołodziej z Przasnysza
tak naprawdę na imię ma Ryszard.
Chwalą Tomka dziewuchy
bo się (jak chodzą słuchy)
nigdy w akcji jeszcze nie zadyszał.

Agent Tomek Jagiełło spod Gniezna
zna już wszystkich choć nikt jego nie zna.
Kiedy raz sekretarkę
zawlókł w dzień za frezarkę
ta mówiła "Och sprawny on frez ma..."

Agent Tomek Zieliński z Bydgoszczy
o swój wygląd starannie się troszczy.
Gdy uwodził wójcinę
kładł na włos brylantynę
(ale przedtem porządnie się ostrzygł).

Agent Tomek Kowalski z Karpacza
bez problemu posłanki wyhacza
podbijając ich serca
w środku białego merca
i nie szczędząc tylnego wahacza.

Agent Tomek Kwiatkowski z Halemby
przed randkami myje przednie zęby
potem perfum na klatę
i już jest jak bohater
późnych filmów Bohdana Poręby.

Agent Tomek Małecki z Gołdapi
podczas randek bynajmniej nie capi
Bierz zeń przykład młodzieży:
chadzaj w świeżej odzieży!
Jego - brak powodzenia nie trapi!

Agent Tomek Piotrowski z Lidzbarka
nigdy w rękaw przy damach nie smarka.
Mógłby (bo co mu szkodzi)
lecz się boi uszkodzić
szkiełko swego złotego zegarka.

18:15, debergerac , Limeryki
Link Komentarze (7) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 73