piątek, 03 lipca 2009

   Przeczytałem gdzieś, że "Anioły i Demony" są lepszym filmem niż "Kod Leonarda da Vinci". "Kodu.." nie widziałem, więc dzięki wypożyczalni filmów Torrent, zassałem sobie rzeczone "Anioły..." w celu spędzenia wieczoru przy filmie lepszym niż ten o da Vinci. I niestety - jak Albert Einstein dobrze wyszedł na relatywizmie tak ja - nader kiepsko.

   Einstein przyszedł mi na myśl nieprzypadkowo, bo film zaczyna się od zdemaskowania faktu, że Wielki Zderzacz Hadronów służy (w ramach lewizny)Watykanowi do tworzenia antymaterii. Nie bardzo wiemy po co, więc możemy się tylko domyślać, że jest to wyraz antymaterialistycznych tendencji kościelnych hierarchów. W tym kontekście naprodukowanie antymaterii zrównoważyłoby nadmiar zgromadzonej przez kościół materii i rachunek na Sądzie Ostatecznym wyszedłby na zero. Sprytne.

   Ale póki co, technologia jeszcze raczkuje i wyprodukowano jedynie ze trzy puszki tej antymaterii. W dodatku jedną ktoś ukradł, jak to na budowie. Ktoś niewątpliwie obeznany ze Starym Testamentem bo zgodnie z maksymą "oko za oko..." wyłupił rzeczone oko księdzu profesorowi, żeby otworzyć taki zamek co się otwierał na wzór siatkówki. W dodatku niewątpliwie w trakcie szamotaniny poszedł jakiś ząb. Tak zazębia się akcja filmu.

   A tu jeszcze na dokładkę umarł aktualny papież. Filmowa wersja kardynała Dziwisza (w której to roli przystojny jak zwykle Ewan McGregor) popłakuje nad trumną, lud na placu św. Piotra płacze i pokrzykuje swoje "Santo Subito" a kardynałowie zadają sobie w duszy pytanie "Who's next?". Może tym razem murzyn? Albo chińczyk, żeby nie było że się jest pod wpływem Stanów Zjednoczonych?

   W tym samym czasie ciszę basenu Toma Hanksa (grającego tam profesora, choć wszyscy wiedzą, że jest Forrestem Gumpem) przerywa tajemniczy, ubrany w garnitur mężczyzna. Ponieważ udało mu się wejść na basen bez kąpielówek i czepka, widać od razu że to tajny agent. Jak się okazuje, jest to tajny agent watykańskiej policji, który w krótkich żołnierskich słowach namawia profesora do udania się z nim do Watykanu i rozwikłania Zagadki. Zagadka polega na tym, że tajemnicza organizacja Iluminatów oprócz puszki z antymaterią zwinęła również czterech najfajniejszych kardynałów i wystosowała faksem oraz przy pomocy materiału wideo, stosowne pogróżki.

    "Puszki - pogróżki, puszki - pogróżki..." - mruczy pod nosem profesor Hanks ale po chwili porzuca ów trop i koncentruje się na faktach. A właściwie na faksach. I zanim płozy helikoptera dotkną watykańskiego lotniska - Hanks wie już wszystko z racji swojej niebywałej erudycji i intuicji. Z rzeczonego lotniska odbiera go jeszcze wyższy rangą szef tajnej służby i prowadzi do siedziby innej służby - Gwardii Szwajcarskiej (to niebywałe jak na tak małym skrawku ziemi jak Watykan jest się w stanie zmieścić tyle tajnych służb. I jeszcze papież). A u szefa barwnie ubranych chłopaków z Gwardii Szwajcarskiej, Hanks poznaje urodziwą asystentkę księdza od antymaterii (skądinąd bujnie zaopatrzoną w materię tu i ówdzie).

   No i się okazuje, że Iluminaci nie dość że transmitują poprzez "bezprzewodową kamerę" wizerunek skradzionej puszki z antymaterią, w której nieubłaganie kończy się bateria (a jak się bateria skończy to będzie ogromne BUM zgodnie ze wzorem erównasięemcekwadrat) to jeszcze deklarują unicestwianie porwanych hierarchów w tempie 1 kardynała/godzinę.

   Ale cóż to dla Forresta. Nie dość, że zagina wszystkich obecnych z regulaminów obowiązujących w Watykanie, to jeszcze gdzie spojrzy albo co usłyszy to od razu wie co dalej robić. Zobaczy dajmy na to posąg anioła z wykałaczką i już wie, że ta wykałaczka wskazuje kierunek, w którym trzeba biec. A jak popatrzy na książkę to niechybnie wypatrzy niewidzialny znak na marginesie i już wie gdzie trzeba lecieć ratować kardynała.  W związku z tym dalsza część filmu przebiega pod hasłem "Run Forrest! Run!".

   Niestety mimo sprintu, kardynałowie padają jak muchy i dopiero czwartego udaje się jako tako uratować. Ale gdzie jest puszka z antymaterią? (której w międzyczasie zapaliło się światełko "Bettery low"). Być może zwykły człowiek poszedłby na łatwiznę i przy pomocy dwóch samochodów z radiopelengiem namierzył nadającą, bezprzewodową kamerę w pół godziny, ale to zrujnowałoby scenariusz i spowodowało nieuchronną półtoragodzinną dłużyznę. Więc szef gwardii (w międzyczasie podejrzany o sprzyjanie Iluminatom) wyłącza prąd całym dzielnicom, żeby sprawdzić kiedy zgaśnie lampka przy kamerze (skądinąd skoro zaciemnienie działa na glony w akwarium to czemu nie miałoby działać na Iluminatów) a Forrest biega i co dobiegnie to widzi nowe wskazówki.

"Przetnij czerwony"

   Zanim czas dobiegnie końca, dobiega zatem do puszki wraz z panią asystent i Iwanem-Dziwiszem McGregorem i tu lipa: okazuje się że za mało prądu w bateryjce zostało i nie da się jej wymienić jeśli nie jest się wyjątkowo odważnym i zdesperowanym saperem bez rodziny i z uporządkowanymi sprawami osobistymi. I tu Iwan dopuszcza się aktu bohaterstwa - bierze puszkę, wsiada do helikoptera i fruuuu wysoko wysoko. W dodatku wyskakuje w połowie lotu na spadochronie (który jak wiadomo każdy klecha ma pod sułtanną) i szczęśliwie (choć w stanie potłuczonym) ląduje. A na niebie odbywają się antymateryjne fajerwerki.

   Po czym następuje tzw. scenariuszowy twist - tak głupi, tak bezdennie głupi, że już lepiej by było gdyby Iwan po swoim bohaterskim skoku został tym papieżem. Ale nie zostaje i na domiar złego pali się ze wstydu a my pozostajemy z niedopitym piwem w ręku, ważąc w myślach czy opłaca się nam rzucić nim w nasz własny, w końcu, ekran.

wtorek, 16 czerwca 2009

Noc ciemna. Za oknem mieszkania słychać wołanie puszczyka,
gwiżdże przez sen sąsiad Zenon co był zawiadowcą na stacji
a Dreptak robi swoje i klapy nie zamyka
a potem wymyka się cicho przez wąskie drzwi ubikacji.

I czuje się jak partyzant. Ba! Czuje się jak powstaniec
(chociaż ucieka przed wrogiem bynajmniej nie kanałami)
gdy czołga się przez przedpokój i myśli: "A może nie wstanie,
może mnie dzisiaj nie sprawdzi ta moja żonka-dynamit..."

Już tylko pokonać ten dywan, przeskoczyć parkiet co skrzypi
i widać w oddali, w półmroku gościnne brzegi kanapy.
Udało się! Dreptak pod kołdrą z uśmiechem na ustach zasypia
dumny, że tak bohatersko, z fantazją nie spuścił klapy.

Rano uniknął śmierci (w porę zasłonił się wnuczkiem)
i prawie jak Cichociemny znów spadł na cztery łapy,
no może na trzy łapy bo w jedną dostał tłuczkiem
- zwyczajny dzień w Ruchu Oporu Przed Zamykaniem Klapy.

piątek, 12 czerwca 2009

   Film opowiada o Johnie Connorze - takim Dudajewie z przyszłości, który wraz z garstką (to ważne słowo w kinematografii - większość recenzji do obecnie kręconych filmów zawiera słowo "garstka") niedobitków po wojnie atomowej walczy w ruchu oporu. Wojna była tym razem nie z ruskimi tylko z jednym dużym komputerem, który uzyskał samoświadomość. Jak powszechnie wiadomo komputery uzyskujące świadomość nieodmiennie komunikują ten fakt światu przy pomocy głowic jądrowych. Zatem film opowiada o zmaganiach ruchu oporu z maszynami, zawierającymi m.in. oporniki (tzw. budowa ramowa dzieła).

   Ale to byłoby zbyt proste. John Connor miał matkę, którą w beztroskiej młodości nawiedził (przenosząc się w czasie) mordziasty i zdecydowanie nieprzyjemny robot-terminator w postaci Arnolda Sz. oraz przystojny i zdecydowanie miły przyszłościowy ułan Kyle Rees, który miał ją przed Arnoldem obronić (podobieństwo nazwiska ułana do Keeanu Reevesa jest zapewne przypadkowe). No i chociaż udało mu się obronić mamuśkę przed robotem, nie był w stanie obronić jej czci dziewczęcej przed swoim własnym ułańskim urokiem, skutkiem czego począł się wspomniany na początku John Connor. W reakcji na ten fakt, Kyle zrobił to, co zrobiłby na jego miejscu każdy przyzwoity ułan, tzn. zginął w walce, półosierocając biednego małego Jasia.

   John Connor wyrastał zatem bez ojca ale za to co i rusz w towarzystwie jakiegoś innego terminatora, nasyłanego z przyszłości to przez wrogie maszyny, to znowu przez siebie samego. Terminatorów podobno było kilku i kiedy raz Jasiu nakrył mamę w łóżku z jakimś facetem, ta uparcie twierdziła że to też terminator. Tyle że terminujący w zakładzie stolarskim.

Masz prawo nie odpowiadać na pytania

   No i potem była ta wojna, a po wojnie jak to po wojnie - czystki i prześladowania. Pośród nich właśnie John Connor - już pełna, licencjonowana sierota - odsłuchuje na magnetofonie kasetowym "Kasprzak" taśmy ze złotymi myślami i przestrogami swojej mamusi. A wiodącą złotą myślą tych taśm było to, żeby John w zawierusze wojennej nie zapomniał wysłać w odpowiednim czasie w przeszłość swojego tatusia - Kyle Reesa.

   Tak właśnie zawiązuje się akcja filmu "Terminator - salvation". Ale że zawiązana jest słabo co i rusz się rozwiązuje i cały film się o te rozwiązane wątki potyka. Żeby rzecz jeszcze bardziej skomplikować, pojawia się na dokładkę prototyp terminatora, grany przez aktora nieporównanie mniej barczystego niż Arnold. Okazuje się przy okazji, że superkomputer (ten co to uzyskał samoświadomość) w zaciszach swojej serwerowni podczytywał sobie powieści dla dorastających panienek. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że konstruując terminatora wbudował mu żywe ludzkie serce zamiast porządnej opancerzonej pompki?

   A potem jest sporo całkiem fajnej łupaniny, fruwających łusek, sześciolufowych obrotowych działek, które tak wszyscy kochamy i atomowych grzybków. I gdyby nie okropnie, potwornie wręcz spaprany finał, sfinalizowany odlotem w stronę zachodzącego słońca - całość dałaby się jakoś obejrzeć.

   Więc jak ktoś jeszcze nie był to niech wyjdzie zaraz po tym jak komputer spektakularnie wybucha. I niech se z boku siądzie żeby mu było łatwo wyjść.

czwartek, 21 maja 2009

Oni sa wszedzie   Mówi się o różnych spiskach: o rządzie światowym, o mędrcach Syjonu, o korporacjach czy firmach farmaceutycznych, ale najpotężniejszy i najbardziej tajemny ze wszystkich jest spisek blacharzy i lakierników. Nikt o nim nie mówi. Największe media tego świata milczą strachliwie. Nawet prawicowe portale, tak wprawne w znajdywaniu spisków, o spisku blacharzy i lakierników ani się zająkną.

   A owa zmowa jest przecież oczywista! Zmowa polegająca na tym, że wbrew zdrowemu rozsądkowi, urządzenia tak podatne na uszkodzenia i zadrapania jak samochody, na całym świecie robi się z cieniutkiej blachy pokrytej na domiar złego wiotką warstwą łatwego do naruszenia lakieru. Ba! Ów spisek nie tylko istnieje ale nawet, w swojej pazerności zaanektował w ostatnich latach terytorium tak pozornie dla niego nieosiągalne jak zderzaki! Lakierowane zderzaki! Czy myślicie, że ktoś z własnej woli polakierowałby metalikiem kowadło?  W życiu.

   Tak moi drodzy. Oplata nas szara (no w tym przypadku to kolorowa akurat) sieć, ciemnych (choć czasem i jaskrawych) interesów blacharzy i lakierników. Tajna organizacja, przed którą, w strachu przed wyklepaniem maski lub zamalowaniem w mordę, nawet najmożniejsi tego świata, pochylają głowy. Skazani jesteśmy na codzienne, nerwowe oglądanie naszego samochodu i beznadziejne liczenie kolejnych pojawiających się rys i zadrapań. Jeździmy w ciągłym strachu przed dotknięciem karoserią czegokolwiek. Woskujemy, pucujemy i nakładamy pokrowce. Ale próżne są nasze wysiłki a przeznaczenie - nieubłagane. Dziś, jutro albo najdalej pojutrze i tak wpadniemy w łapy owej pstrokatej sitwy, która skasuje nas na pięć stów za zamalowanie odpowiednim kolorem małej plamki. Nasza Nemezis ma w jednym ręku łom a w drugim spryskiwacz.

   No. Ujawniłem światu prawdę. Jeśli zniknę teraz to będziecie wiedzieli kto za tym stoi.  

11:43, debergerac , Takie tam
Link Komentarze (9) »
środa, 20 maja 2009