Takie tam

poniedziałek, 06 grudnia 2010

   Teologia była zawsze nauką stricte teoretyczną. Teoretyczną a więc, co tu dużo mówić - nudną. To w końcu żadna frajda do końca życia pisać książki tylko na podstawie jednej księgi (choć oczywiście niebywale upraszcza to konstruowanie bibliografi) i nie móc (wzorem fizyków kwantowych) ogłaszać co i rusz swoich ekscytujących odkryć w ogólnoświatowych mediach. Władze jednego z uniwersytetów, chcąc w jakiś sposób uatrakcyjnić ten kierunek studiów uruchomiły niedawno katedrę Teologii Eksperymentalnej.

   Z dziekanem Teologii Eksperymentalnej, prof. zwycz. dr. hab. mgr. inż. lic. Tomaszem Retortą rozmawia nasz reporter:

R: Czy mógłby Pan opowiedzieć naszym czytelnikom czym zajmuje się Teologia Eksperymentalna?

T. Retorta: Oczywicie panie Redaktorze. Teologia Eksperymentalna, w odróżnieniu od Teologii Teoretycznej, zajmuje się badaniem istnienia i istoty Boga poprzez empiryczne eksperymenty. Postanowiliśmy potraktować klasyczną Teologię jako fundament teoretyczny i na jego podstawie nasi pracownicy naukowi opracowali szereg programów naukowych dzięki którym badać będziemy istnienie Boga oraz jego reakcję na bodźce.

R: Czy mógłby Pan podać jakiś przykład?

T. Retorta: Och nawet kilka! Na przykład Zespół Ofiar Całopalnych pod kierownictwem doktora Izaczyńskiego bada korelacje pomiędzy ilością, gatunkiem i palnością zwierzęcia a jego skutecznością w przebłagiwaniu za grzechy. Wybrany pracownik naukowy popełnia serię możliwie spektakularnych występków (na tyle spektakularnych aby pojawił się u niego mierzalny poziom wyrzutów sumienia) a potem reszta zespołu, paląc zwierzęta w różnych ilościach i obserwując spadki wyrzutów sumienia formułuje wnioski. Zespół ten może pochwalić już się kilkoma pracami naukowymi oraz jednym grantem z Unii Europejskiej ("Wykorzystanie odpadów z rzeźni do wstępnego rozgrzeszania ludności okolicznej jako rozwiązanie społecznych problemów powstających przy budowie spalarni śmieci").  Pracujemy również nad teologicznym aspektem grilli ogródkowych.

R: Czyżby one również miały właściwości rozgrzeszające?

T. Retorta: Owszem ale w bardzo niewielkim stopniu. Zajmuje się tym u nas Zespół Mikrokonfesji. Z ich ostatnich badań wynika, że nawet dosyć duży grill na 10 osób jest w stanie rozgrzeszyć na maksymalnie 10-20 pikosodomów. Nie jest to dużo ale pracujemy nad projektem odpowiedniego wzmacniacza.

R: To bardzo ciekawe. A inne obszary badań?

T. Retorta: Bardzo spektakularne są prace prowadzone w Zespole Thorologicznym, zajmującym się wpływem popełnionych uczynków na prawdopodobieństwo trafienia piorunem.

R: Czy to nie ten zespół, w którym, jak informowała ostatnio prasa, doszło do pewnych nadużyć i naciągania wyników badań pod uprzednio sformułowane tezy?

T. Retorta: Niestety mieliśmy taki epizod. Doktorant Ignacy Przewodny osiągał niesamowicie dobre wyniki w ściąganiu piorunów już przy zupełnie niewielkich wykroczeniach przeciw publicznej moralności. Z jego prac wynikała prawie 80 procentowa korelacja pomiędzy uczynkiem a thorologiczną reakcją. Szykowała się naprawde duża publikacja w mediach, rozsyłaliśmy zaproszenia na konferencję prasową kiedy wyszło na jaw, że pan Przewodny w czasie badań nosił pod swetrem wypożyczoną z muzeum średniowieczną kolczugę połączoną izolowanym kablem z sandałami. To był dla nas i dla nauki ogromny cios.

R: Słyszałem, że mimo skandalu Ignacy Przewodny nie stracił pracy tylko został karnie przeniesiony do innego zespołu?

T. Retorta: Ciężko nam było tracić tak doświadczonego pracownika. Rynek pracy teologów eksperymentalnych jest niestety jeszcze bardzo płytki.  Dlatego przenieśliśmy Ignacego do Zespołu Eremitycznego. To taka grupa badająca efekty modlitw w środowisku izolowanym

R: Czyli pustelnicy?

T. Retorta: Owszem. Utworzyliśmy w górach specjalny ośrodek, żeby zapewnić im jak najlepszą izolację. W dzisiejszych czasach ciężko jest znaleźć dobre miejsce na pustelnię. Kilku naszych naukowców bada tam wpływ diety oraz długości brody na efektywność wysłuchiwania modłów. Niestety badania są bardzo kosztowne.

R: Wydawac by się mogło, że pustelnicy są dosyć tani w utrzymaniu?

T. Retorta: To popularny ale zupełnie nieprawdziwy pogląd. Już sam import suszonej szarańczy kosztuje nas krocie. Miód ostatnio również podrożał. No a dzierżawa tej olbrzymiej działki w górach po prostu nas wykańcza. Gdyby nie dofinansowanie z Unii musielibyśmy rozwiązać ten zespół. A byłoby szkoda bo ostatnio zaczął osiągać zupełnie niezłe rezultaty. Nie wiemy jeszcze czy to efekt diety czy tego że brody przekroczyły wartość krytyczną ale żona jednego z pustelników podobno wygrała ostatnio na loterii sportowy samochód. Mówi sie też, że widziano ją w nowym futrze. To już jest coś.

R: Jakie jeszcze badania prowadzone są na pana wydziale?

T. Retorta: Długo by mówić. Pracujemy równocześnie na wielu frontach. Mamy zespół zajmujący się problematyką rozmnażania żywności, współpracujemy w dużymi koncernami farmaceutycznymi w dziedzinie cudownych uzdrowień (są bardzo zainteresowani sprzedażą uzdrawiającej wody) a niedawno powołaliśmy eksperymentalny zespół do spraw wskrzeszeń i wniebowstąpień (niestety jeszcze nie przyniósł żadnych znaczących wyników. Póki co czekamy i co tydzień sprawdzamy trumny). To bardzo rozwojowa dziedzina nauki.

R: Pozostaje mi więc życzyć Państwu powodzenia. Dziękuję bardzo za wywiad. Mam nadzieję że niebawem usłyszymy o jakichś spektakularnych sukcesach.

T. Retorta: Powiem panu w sekrecie, że pracujemy nad wykorzystaniem Armageddonu jako alternatywnego, taniego i ekologicznego źródła energii ale chyba nie będziemy gotowi do 2012 roku. W każdym razie ja również dziękuję za okazane zainteresowanie.

10:32, debergerac , Takie tam
Link Komentarze (2) »
czwartek, 25 listopada 2010

   Obserwowanie zachowania przedstawicieli gatunku Homo Sapiens w sytuacjach ekstremalnych jest jednym z moich hobby. Lubię przyglądać się metamorfozie osób siadających za kierownicą samochodu, śledzić zachowania kolejkowe, towarzyszyć matce z dzieckiem kiedy życie konfrontuje ją z inną matką z dzieckiem i tym podobne. Nic jednak nie da się porównać z tym co dzieje się z człowiekiem kiedy tylko uda mu się zająć miejsce naprzeciw konsultanta w Salonie Operatora Telefonii Komórkowej.

   Oto mężczyzna w sile wieku, prawdopodobnie ojciec rodziny (niewykluczone że wielodzietnej), który co piątek zasila razem ze szwagrem krajowy monopol spirytusowy solidną i stałą kwotą, popada w duchową rozterkę czy wybrać abonament droższy o pięć złotych żeby móc za to  bez ograniczeń rozmawiać z sąsiadką czy też raczej zachować te pięć złotych dla siebie bo w sumie sąsiadka ma skłonności do monologowania i to nie na temat. Po czym tkwi w niej (w rozterce a nie w sąsiadce) przez następne dziesięć minut aż do chwili kiedy konsultant wybije go z dylematu i wtrąci w czarną rozpacz proponując kilka dodatkowych opcji.

   Mężczyzna rwie z głowy posiwiałe przedwcześnie włosy, konsultant tłumaczy korzyści i koszty, toczy się wewnętrzna, odwieczna walka między skąpstwem (zwanym w kręgach biznesowych gospodarnością) a epikureizmem. Skaczą cyfry, mnożą się możliwości, synapsy (ile ich tam kto ma) jarzą się od wysiłku. Mijają kolejne daremne minuty. Gęstniejąca za plecami kolejka oczekujących wzbiera niemym protestem...

   A oto przy innym stanowisku zasiadła matka z nastoletnią córką. Matka, z wyglądu i deklaracji ("będzie na firmę") bizneswoman. Córka - skrywająca włosy blond pod modną w tym sezonie czapką stylizowaną na krasnoludka Gapcia z disneyowskiej wersji Królewny Śnieżki. Konsultant już wie, że nie będzie łatwo. Przeczuwa to również czekająca za plecami obu pań kolejka (niektórzy nawet poddają się i wychodzą w gęstniejący za oknem salonu mrok). Rozpoczyna się walka.

   I znowu skaczą liczby, marszczą się czoła, czółka i noski. Ogrzane od wysiłku powietrze unosi czapkę krasnoludka Gapcia na zasadzie balonu zwanego montgolfierą. Matka próbuje ogarnąć rzecz biznesowo ale wysiłek to daremny bo ilość opcji zdaje się przekraczać jej możliwości obliczeniowe. Mijają minuty. Noski i czółka są już pomarszczone tak, że wizyta w SPA zdaje się nieuchronna. Czapkę trzeba przytrzymywać żeby nie uleciała. Czy wziąć ten abonament z SMSami bo w sumie to córka dużo pisze czy taki elastyczny bo również dużo gada albo może wziąć ten z minutami i jakiś pakiet dokupić bo to na to samo wyjdzie tylko że jak przekroczy to wtedy będą dodatkowe koszty a tych kosztów to rozumie pan chcielibyśmy uniknąć więc jakby na przykład to połączyć i dodać taki jeszcze jeden pakiet ale to tylko na sześć miesięcy a potem trzeba będzie płacić więcej o trzy złote i żeby było wie pan na firmę to wtedy się VAT odliczy więc może jednak to nie będzie takie drogie a tak właściwie to jakie państwo macie telefony?

   Wzmianka o telefonach gasi ostatnie płomyki nadziei tlące się jeszcze w ludziach czekających na swoją kolej. Bo oto konsultant zaczyna model po modelu wyjmować telefony z pudełek i prezentować obu paniom. I wie pan, żeby był taki mały, zgrabny ale miał pełną klawiaturę i aparat żeby miał taki z pięć megapikseli, o ten jest ładny ale nie ma pan w innym kolorze bo ten czarny to taki smutny i żeby nie był Ericcsson bo moja ciotka miała i jej się popsuł a ten po ile? A za złotówkę państwo takich nie macie? Straszna drożyzna, popatrz Jola a ten to taki jak miał ten, no, w tym serialu, straszny buc, nie tego nie weźmiemy to już raczej może ten poprzedni, może go pan jeszcze raz pokazać? No ale ten ma tylko 3 megapiksele, to nie, to może jednak lepiej ta Nokia, no już sama nie wiem, nie ma pan jeszcze jakichś innych? Ale żeby były za złotówkę!

   W oczach osób stojących w rzednącej kolejce maluje się wtedy rozmarzenie. Wszyscy jak jeden mąż myślą - oooo niech no ja tylko dojdę do tej lady, niech no się rozsiądę, niech czapkę zdejmę i szalik rozchełstam, zobaczycie wszyscy. Zobaczycie!

   Szalenie lubię gatunek Homo Sapiens. Mam jednak obawę, że konsultanci Salonów Operatorów Telefonii Komórkowej nie podzielają tej mojej sympatii. Nie mylę się prawda?

11:15, debergerac , Takie tam
Link Komentarze (4) »
wtorek, 16 listopada 2010
Człowiek jest jak pieczywo. Albo na zakwasie albo jak na drożdżach zwłaszcza tu i ówdzie.
07:54, debergerac , Takie tam
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 11 października 2010

   Julie Taymor, którą uwielbiałem za jej ekranizację "Tytusa Andronikusa" Shakespear'a, przenosi ponoć (lub już przeniosła) na ekran shakespear'owską "Burzę". Wiadomość ta ucieszyła mnie zrazu ogromnie (bo "Burzę" lubię szczególnie) ale radość moją przyćmiła dołączona do wiadomości informacja, że w ramach (jak rozumiem) parytetu, reżyserka postanowiła zmienić płeć Prospera i uczyniła z niego Prosperę. Dartha Vadera

   Pospiesznie sprawdziłem czy w obsadzie występują również Kalibana i Ariela ale na szczęście tym razem udało im się zachować oryginalną płeć. Obawiam się jednak czy w związku z nadmierną ilością kobiet, które chciałyby zostać aktorkami (zwłaszcza w Hollywood) i pewnym niedoborem zdolnych mężczyzn w tym zawodzie (nie wiem jak Wy ale ja wszędzie widzę tylko Szyca, mlodego Stuhra i Więckiewicza. No i Adamczyka) trend zapoczątkowany przez Julie Taymor nie stanie się obowiązujący.

   W związku z feminizacją dziesiątej muzy, przyjdzie nam zatem doświadczać wielu jeszcze adaptacji literatury klasycznej, w których ten i ów okaże się być tą i ową. Aby być na tę zmianę przygotowanym postanowiłem opracować kilka szkiców możliwych genderowych remake'ów:

Siedem wspaniałych - Siedem finalistek konkursu "Miss America", w swoim tournee odwiedza niewielkie miasteczko na zachodzie Stanów Zjednoczonych. Mieszkanki miasteczka, podczas ploteczek wyznają im, że żyją w ciągłym strachu przed bandą bezlitosnej Calvery, która co jakiś czas najeżdża miasto i zabiera im jedwabne pończochy. Wstrząśnięte okrucieństwem Calvery, finalistki przygotowują się do obrony miasta, przygotowując m.in. pończochy-pułapki...

Rambo - Jennifer Rambo, po rozwodzie ze skąpym i niewiernym Ricardo, udaje się w długą podróż po krajach dalekiego wschodu. Kiedy powraca do rodzinnej Wirginii, nie potrafi na powrót przystosować  się do małomiasteczkowych realiów. Otwiera w mieście salon wietnamskiego masażu ale skorumpowana szeryfa żąda od niej haraczu. W rezultacie Jennifer wstępuje na wojenną ścieżkę i podstępnie podmienia szeryfie lakier do włosów na gumę arabską. Oskarżona o sprzyjanie islamskim terrorystom Jennifer ucieka z miasta i obmyśla zemstę...

Władczyni Pierścienia - młoda hobbitka Froda, udaje się z kilkoma koleżankami oraz wiedźmą Gandalfą, w najeżoną niebezpieczeństwami podróż mającą na celu zniszczenie magicznego pierścionka z błekitnym oczkiem. Pierścionek ten był kiedyś własnością okrutnej matrony Saurony, która teraz pragnie go za wszelką cenę odzyskać jako że był to prezent zaręczynowy od pięknego księcia, który teraz ma jej za złe fakt, że go zgubiła i uzywa tego argumentu do przesuwania daty ślubu. W drodze nasze bohaterki spotykają wysportowaną Aragornę, która pokazuje im kilka skutecznych ćwiczeń na zgrabne uda. Spędzają również noc w zamku królowej elfów, gdzie zaopatrują się w nowe, podróżne suknie. Nie wiedzą, że ich tropem podąża złowieszcza Golluma, pożądająca pierścionka jako ostatniej szansy na zamążpójście. Czy uda im się pokonać wrodzoną skłonność do biżuterii i zniszczyć pierścionek?

Quo vadis? - młoda rzymianka Winnie ma problem z mężem Neronem, który zaczął wychodzić wieczorami i nie chce jej powiedzieć dokąd własciwie chodzi. Konflikt w małżeństwie narasta i znajduje apogeum kiedy Winnie pewnego wieczora przypala pieczeń po rzymsku. Wściekły Neron opuszcza dom i znajduje pracę w cyrku jako treser dzikich zwierząt. Winnie próbuje popełnić samobójstwo ale zamiast odkręcić kurki z gazem, odkęca omyłkowo kurki z wodą i tylko zalewa sąsiadów. Sytuację ratuje doświadczony hydraulik Piotr.

13:27, debergerac , Takie tam
Link Komentarze (4) »
piątek, 10 września 2010

   "... i dlatego uważam, że papirusy to tylko przelotna, techniczna nowinka, która się nie przyjmie. Pomijam już fakt, że są nietrwałe oraz drogie i kłopotliwe w produkcji ale nic nie będzie w stanie zastąpić prawdziwemu bibliofilowi niepowtarzalnego zapachu glinianej tabliczki, zapachu który przypomina każdemu z nas, z czego go ulepiono. Nic też nie zastąpi tego głębokiego brzęku jaki wydają tabliczki gdy odkładamy je po przeczytaniu, brzęku w którym słychać jeszcze płomienie utrwalające na wieki wieków zapisane, człowiecze myśli.

   I jakże po tym papirusie pisać? Jakie nakłady należy ponieść na zaopatrzenie się w odpowiedni sprzęt? Czy ci, którzy proponują nam ów technologiczny przełom zastanowili się choć przez chwilę że orły i kałamarnice nie leżą na ulicach i że nie każdego (zwłaszcza na terenach pustynnych) będzie stać na zakup piór i atramentu? A teraz wystarczy tylko podnieść z ziemi byle jaki patyk i już można napisać książkę!

   A jak będą wyglądały nasze biblioteki kiedy zamiast porządnych, grubych tabliczek będziemy w nich przechowywać cienkie papirusowe kartki? Jak będzie się czuł bibliofil, kiedy zamiast czternastu szaf będzie mógł zmieścić całą książkę na połowie jednej półki?

   To się nie uda panowie! Owszem, techniczne usprawnienia są mile widziane ale czy nie lepiej byłoby się skupić na technikach melioracyjnych zamiast podnosić świętokradczą rękę na ostoję kultury i wiedzy jaką stanowi gliniana tabliczka? Czy tego właśnie najbardziej potrzeba teraz światu?

   A ponad wszystko: ile stron papirusu będziecie musieli podłożyć pod stołową nogę żeby się nie kiwała, hę? ..."

Ocalałe fragmenty glinianej tabliczki znalezionej w dorzeczu Nilu przez ekspedycję prof. Stephena Lopata. Datowane na około 3000 lat p.n.e.

11:13, debergerac , Takie tam
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15