Dreptak współczesny

środa, 26 sierpnia 2009

Dreptak wpadł do mieszkania wcześniej o kilka godzin
czym żonie swojej Eugenii napędził niezłego stracha
(bo wcześniej zawsze o czasie Dreptak z roboty przychodził)
i z sypialnianej szafy wyciągnął na światło dnia gacha.

Gach wygląd miał dość mizerny a owłosienie rzadkie,
zaś co do erudycji to mruknął tylko: "Joł!"
więc Dreptak za włosy zaciągnął małżonkę swą na kanapkę
gdzie srogo zażądał wyjaśnień skąd się ten facet tam wziął.

"Oj Kaźmierz" - jęknęła za włosy ciągnięta małżonka Eugenia -
"Sam widzisz że ten tu Waldemar nie byczek jest, tudzież nie tur
i stokroć bym w szafie wolała mieć tego z parteru Henia
ale co zrobić Kaźmierz, jak ten tu jest z parytetu..."

"Bo nie dalej jak wczoraj był u nas taki komitet
do spraw wyrównywania nierówności w powodzeniu u pań
i do szafy dostałam taki właśnie przydziałowy parytet -
w łóżku jest beznadziejny a w dodatku to niechluj i cham..."

Tu Dreptak zbladł, poczerwieniał, przez chwilę łapał powietrze
po czym z zawałem serca osunął się na parkiet
a w uszach dudniły mu słowa:  "Dreptak! Wreszcie
znaleźliśmy dla was nową sekretarkę..." 

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Świat w kryzysie, słońce praży nieludzko,
ciemnoskóry żołnierz czyści uzi.
Zamiast wczasów nad Zatoką Pucką
Egipt, plaża, hotel all inclusive.

Leży Dreptak, leży żona Dreptaka
między nimi wbity w piasek parasol.
Żona drzemie a Dreptak z leżaka
sam już nie wie gdzie ma patrzeć i na co.

A dziewczyny były piękne tego roku
że aż ślinka na sam widok leci.
I ubrane właściwie nie w ubiór
tylko rozbiór. W dodatku - ten trzeci.

Więc dostawał Dreptak skórki gęsiej
na sam widok, w rytm kawałków skocznych
i nad wyraz dumnie prężył mięśnie
sterujące pracą gałek ocznych.

Po czym łezkę ocierał z oka
i wypijał z palemką drinki
obok żony co leżała jak foka
zapomniana na plaży przez Greenpeace.

W końcu zaklął, splunął, obsobaczył
wpadł jak śliwka w najczarniejszy z nastrojów
i wymruczał: "za rok biorę kredyt
i jedziemy do Międzyzdrojów!"

wtorek, 16 czerwca 2009

Noc ciemna. Za oknem mieszkania słychać wołanie puszczyka,
gwiżdże przez sen sąsiad Zenon co był zawiadowcą na stacji
a Dreptak robi swoje i klapy nie zamyka
a potem wymyka się cicho przez wąskie drzwi ubikacji.

I czuje się jak partyzant. Ba! Czuje się jak powstaniec
(chociaż ucieka przed wrogiem bynajmniej nie kanałami)
gdy czołga się przez przedpokój i myśli: "A może nie wstanie,
może mnie dzisiaj nie sprawdzi ta moja żonka-dynamit..."

Już tylko pokonać ten dywan, przeskoczyć parkiet co skrzypi
i widać w oddali, w półmroku gościnne brzegi kanapy.
Udało się! Dreptak pod kołdrą z uśmiechem na ustach zasypia
dumny, że tak bohatersko, z fantazją nie spuścił klapy.

Rano uniknął śmierci (w porę zasłonił się wnuczkiem)
i prawie jak Cichociemny znów spadł na cztery łapy,
no może na trzy łapy bo w jedną dostał tłuczkiem
- zwyczajny dzień w Ruchu Oporu Przed Zamykaniem Klapy.

wtorek, 27 stycznia 2009

Na skutek otrzymanego wałkiem w tył głowy ciosu
Dreptak nawiązał kontakt z cywilizacją z kosmosu
od której nie dalej jak wczoraj, dostał tajnego grypsa
że w dwa tysiące dwunastym ma być apokalipsa.
Z początku nie przejął się wcale bo z racji szwagierki Edyty
z klipsami i ondulacją był, jak to mówią - obyty
lecz wreszcie w encyklopedii, na poprawinach u brata
przeczytał że ta elipsa to ponoć koniec świata.

Więc jako człowiek zaradny zaciągnął był liczne kredyty
na lat 40 i więcej, zakręcił się koło Edyty,
dał w mordę szefowi-szui, spotwarzył publicznie teścia
po czym wymówił posadę i wybył na działkę do Brześcia.

Tam żył jak pączek w maśle, pił piwo, chodził na ryby
czekając na przylot z kosmosu ogromnej planety Nibir
co miała (wedle kosmity, a mówił że nie żartuje)
zmieść wszystkie większe miasta, teścia i szefa-szuję.

A w gwiazdozbiorze Oriona była w remizie zabawa
i wszyscy śmiali się setnie, że tak im się udał kawał.
Więc znowu chwycili komórkę i pod losowe numery
dzwonili do Liry, na Marsa, układu siedem-sześć-cztery,
zamówić pizzę z Plutona lub frytki z Dużego Ptaka
pękając do rana ze śmiechu na myśl o kredytach Dreptaka...

 

poniedziałek, 05 stycznia 2009

Spazmuje mama od rana, ojcu się robią wrzody -
Odarpi syn Dreptaka wyszedł dziś rano na lody.
Zabrał szpikulec do lodu, chwycił wiaderko do mleka
poszedł na skraj lądolodu i dalejże lód ten siekać.

Ale że nie był bystrzak i miał tendencje do blondu
to siekał tak nieszczęśliwie, że się odsiekał od lądu.
Oj kiepskie wieści psy husky przyniosą ojcu i matce:
Odarpi na krze odpływa: smutny i w czapce-uszatce.

Patrzy i tęsknić zaczyna stojąc do lądu przodem
za pagórkami śnieżnymi i za łąkami pod lodem
kędy przy piciu się rusza grdyka jak śnieg śnieżnobiała
i gdzie panieńskim rumieńcem Kocoń Eulalia pała.

I wnętrze smutnego junaka, w odzieży, w futrze, w bieliźnie
nagle rozpala się żarem w polarnym patriotyzmie,
że aż zakrzyknął "niech żyje!" i dodał "hej! na bagnety!"
niebaczny, że tracić zaczyna grunt pod nogami niestety

bo lód poruszony hasłami, za tym czy tamtym przewodem
łączyć się zaczął z macierzą (czyli zamieniać się w wodę).
Lecz syn Dreptaka nie uległ. Targany dziką nostalgią
śpiewał "Grenlandia Rules" i "odbijemy szablą!"

W końcu nasz młody bohater dumnie swe mięśnie napiął
i zniknął w wody głębinie niczym Leonard di Caprio.
Niechaj powiastki tej puenta zabrzmi gdzie piasek i puszcza,
że kiedy lód się zagrzewa, lód się zazwyczaj rozpuszcza.

 
1 , 2 , 3 , 4