Liryki

środa, 05 stycznia 2011

Biuro jest puste. Cicho. Kolega gdzieś sobie poszedł.
Z daleka głos jakiś dobiega. Taką godziną wczesną
najlepiej słychać wysokie oczekiwania co pełzną
w dół nieuchronnie, powoli, zupełnie jak oczko w pończosze

W takie styczniowe poranki sekundy wloką się sennie
i ciut za dużo się myśli i ciut za dużo się wie
i może się jeszcze nie jest na takim zupełnym dnie
ale choć trochę na szczycie pobyć by było przyjemnie

A tutaj kawa z dzbanka i zamiast aktów - akta
i dojmujący brak listów podanych na srebrnej tacy
nikt nie strzela z brauninga, nie wikła się z diabłem w pakta

stateczny tankowiec życia na jotę nie zbacza z trasy.
Więc cóż? Jedynym ratunkiem, nim żałość nam gardło zatka -
obciągnąć sukienkę, westchnąć i zabrać się znowu do pracy.

13:41, debergerac , Liryki
Link Komentarze (7) »
czwartek, 23 września 2010

Lubię sex - powiedziała gdy w skudlonej pościeli
znalazła wreszcie język - będę się już zbierać -
lecz tylko twarde pięści rozpuściła w palce
i podciągnęła wolno niebotyczne nogi
gestem prawie wstydliwym, przygryzając wargę
by przez otwarte usta nie wypadał krzyk.

Powracała do formy. Kiedy w chwilę potem
na parapecie okna paliła niespiesznie
nocnego papierosa, zdałem sobie sprawę
jak jej dobrze
w tej ramie, w prawym dolnym rogu
zamkniętej w czarny trójkąt
na bladym tle świtu.

10:47, debergerac , Liryki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 sierpnia 2010
Na początku, wszechświat był malowany
w kolorowe, grube anioły o puszystych skrzydłach.
Był domkiem, poskładanym z wielobarwnych świętych
obrazków, jajek, choinki, pod którą ogromny
archanioł gonił z mieczem dwoje nagich ludzi
winnych tego jedynie, że pragnęli poznać
smak krągłych jabłek.

Nie było w nim Boga.

Tylko historie pasterzy, samozwańczych królów,
brodatych proroków, wojen i ucieczek,
miast płonących o świcie i posłusznych głębin
były albo zmyśleniem albo metaforą
ikoną pokrywaną cienką warstwą złota
tak cienką że starczyło poskrobać paznokciem

żeby dotrzeć do deski, ściętej, heblowanej
prostą dłonią człowieka, który bał się śmierci

i zmyślił nieskończoność. Byle jak, tak tylko
żeby mu tam po śmierci nadal było dobrze
a ci, co go krzywdzili smażyli się w smole.
Taką właśnie niewielką, ludzką nieskończoność
w którą zawlókł czas, przestrzeń i grube łańcuchy
przyczynowo-skutkowe. Gdzie z drewna wyciosał
jeszcze jednego boga na swój wzrost i obraz,
obdarzył go potęgą oraz wolną wolą
zgromadzenia kapłanów.

Nadal nie ma Boga.

Tego który potrafił tak pomyśleć wszechświat
że od drobin atomu aż po galaktyki
zrobił się sam i działa i czy to przypadkiem
czy zupełnie celowo stworzył mnie bym o tym
mógł pomyśleć. Jak Stwórca.

Albo jak Przypadek. Syn Fluktuacji Kwantowej
i Okoliczności, Dziedzic panuniwersum którego nie może
ani porządnie zwiedzić ni zmieścić w umyśle.
Albo jak konsekwencja niewielkiej mutacji
co dała wielkim małpom nazbyt duży mózg

i myśli o czymś więcej niż kość i drapieżnik.
Mutacji, która wpędza nas w poszukiwanie
sensu swego istnienia, nas, tak bardzo pysznych
że zdaje nam się pewnikiem Najwyższa Istota
która specjalnie dla ludzi wymyśliła Cel,

co nas kocha tak bardzo, że od tysiącleci
nie odpowiada na listy. Pewnie siedzi w pracy
po godzinach pilnując chmur elektronowych
i spiralnych galaktyk i wpada do domu
jedynie na niedzielę ale nawet wtedy
czyta tylko gazetę.

Tą samą co zwykle.
poniedziałek, 15 grudnia 2008

Droga powrotna jest dłuższa. Ta którą się odchodzi
jest szeroka i zdobna w strzeliste cyprysy
pokazujące miasta, z których każde błyszczy
złotymi cyferblatami samych szczęśliwych godzin.

Droga powrotna jest dłuższa. Zwłaszcza że wraca się boso
przez dżdże i dnie przykrótkie i przygruntowe przymrozki
dźwigając na chudych plecach jedynie bagaż troski
że tak naprawdę się nie wie skąd jest ten powrót i dokąd.

Ale potem widzi sie dom, pełgający na wzgórzu jak ognik,
słyszy wrzawę, którą ślą na spotkanie merdające podwórzowe burki
i pomimo że czuje się w stopach ciężar nocy, lat, dni i tygodni

to uskrzydla żwirowa ścieżka zbiegająca zawadiacko z górki
i ta ulga którą odczuwasz, gdy wyjmujesz z kieszeni spodni
Klucz. Nadal pasujący do skrzypiącej ogrodowej furtki.

11:37, debergerac , Liryki
Link Komentarze (3) »
środa, 15 października 2008

   Ponieważ, co tu ukrywać, moje 40-te urodziny zbliżają się wielkimi krokami Yeti, postanowiłem uczcić je piosenką. Tak. Jestem autocelebrytą a poza tym Zosią Samosią, więc sam sobie napisałem tekst, sam ukradłem muzykę Paulowi McCartney'owi (dzięki Paul!), sam (hm) zaśpiewałem  i sam nakręciłem teledysk przy pomocy serwisu goanimate.com (za wygrzebanie którego wdzięczny jestem panu Wimmerowi z blogu Poradnik Internauty). Proszę zapiąć pasy - ruszamy w kolejne czterdziestolecie...

Mam czterdzieści lat

Chociaż mu głowa resztkami sił
trzyma jeszcze włos,
na dziesiąte piętro trzeba drania nieść
i nie wszystko może już jeść.
Kilku hormonów poziom we krwi
może troche spadł.
Jeszcze nie tetryk
lecz według metryk
ma czterdzieści lat.

Spośród potrzeb stu
jedna została mu:
osiem godzin snu.

Niby jest młodszy niż Tomasz Cruise
i Alain Delon,
jeszcze mu daleko do
pieluchomajt
i nie musi pić Coli Light.
Ale nierzadko
szybciej niż gość
wali się pod blat.
Choć jeszcze krewki
to nie przelewki
te czterdzieści lat.

Trzeba biegać i kąpiele z błota
co niedziela brać, i stosować krem.
Ograniczać dżem.
Żeby ciut tylko żywszym być
niż Stanisław Lem.

Nim ręka boska wyłączy prąd
i odetnie gaz
trzeba szaleć niczym
młody Tuhajbej
choćby klejąc włosy na klej.
Nim się kolejny ukruszy ząb
i urośnie zad -
wina i gejszy!
bo z dniem dzisiejszym
mam czterdzieści lat.

a poniżej, dla tych, którym GoAnimate się długo ładuje - wersja Youtubowa:

A w ramach prezentu urodzinowego poproszę o wykopanie tego teledysku na Wykop.pl. Klikając o tutaj.

09:57, debergerac , Liryki
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6